czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział 4

Naomi

Otworzyłam oczy i zerknęłam na ogromne czerwone cyfry, znajdujące się na elektronicznym budziku, który został wyłączony dzisiejszego ranka już dwa razy. Nieważne jak szybko zaczęłabym szykować się teraz do szkoły i tak nie zdążę. Przewróciłam się na drugi bok i pozwoliłam sobie na jeszcze kilka minut odpoczynku. Zaśmiałam się pod nosem, gdy w głowie pojawiła mi się mina mojego ojca, który otworzył mi drzwi gdy policja odwiozła mnie do domu. Nie był wściekły, ani rozczarowany, on był szczerze zmartwiony. Idiota. Zresztą, nie wiedziałam nawet, że za zwinięcie kilku rzeczy ze stacji benzynowej od razu ktoś będzie wzywał policję. Swoją drogą nie miałam pojęcia, w którym momencie Ryan to zrobił. Nieważne, najwyższy czas rozpocząć kolejny dzień. Odrzuciłam kołdrę z rozgrzanego ciała i nie zważając na różnicę temperatury podeszłam do szafy. Wyjęłam z niej kolejne poszarpane spodnie w szkocką kratę, do tego wciągnęłam na siebie ulubioną koszulkę z logiem Queen. Pociągnęłam kilka razy rzęsy tuszem, wrzuciłam na chybił trafił książki do plecaka i zbiegłam na dół. Kuchnia była idealnie wysprzątana, nikt się tam nie krzątał. No tak, ojciec wybrał się na rozmowę kwalifikacyjną – i tak go nie przyjmą. Wsunęłam rękę do kieszeni i wyciągnęłam paczkę papierosów. Uchyliłam okno i rozpoczęłam swój codzienny rytuał. W domu mogłam chociaż pobawić się dymem, robiąc z niego kółeczka, czy inne dziwne kształty. 
Podczas wchodzenia do szkoły jakiś uczeń wpadł z wielkim impetem na mnie. Rzuciłam mu pogardliwe spojrzenie i czekałam, aż zejdzie mi z drogi. Chciałam już iść w kierunku schodów, jednak coś innego mnie zainteresowało. Przy wejściu na klatkę schodową stał mój wychowawca i rozmawiał z funkcjonariuszem, który odstawił mnie ostatnio do domu. Chciałam już obrać zupełnie inny kierunek, jednak bystry wzrok profesora padł na mnie. 
- Zapraszamy… - przywołał mnie gestem ręki. – Chciałabyś mi coś powiedzieć? – wpatrywał się we mnie. 
- Znów się spóźniłam… - próbowałam zmienić temat. – Ale dzisiaj miałam ważny powód… Moja mama trafiła do szpitala i wie pan… - zrobiłam przejętą minę. 
- O tym innym razem. – przerwał mi stanowczo. – Bardziej interesuje mnie twoja kradzież.  - jego ton brzmiał bardzo oskarżycielsko. 
- Mówiłam już, że nic nie ukradłam. - wzięłam się pod boki. 
- Wszystkie skradzione przedmioty znaleźliśmy w twoim kapturze. - przerwał mi policjant. 
- Może ktoś mi je podrzucił, tylko jesteście takimi idiotami i nie potraficie tego rozgryźć. – wyrzuciłam naraz te wszystkie słowa i korzystając z tego, że zadzwonił dzwonek ruszyłam na kolejną lekcję. 
Możecie mi wierzyć lub nie, ale to naprawdę nie byłam ja. Zresztą. nawet największy idiota nie ukrywa swoich łupów w kapturze. Jeszcze ta inteligentna mina tego gliny. Oni nie nadają się do niczego innego poza jedzeniem pączków i wypełnianiem raportów, chociaż i z tym mają problem. Myślenie o tej całej sytuacji zdenerwowało mnie jeszcze bardziej, na domiar złego kolejna zagubiona pierwszoklasistka na mnie wleciała – tego już było za dużo. 
- P- przepraszam… - wydukała, widząc moją wściekłą minę. 
- W dupie mam twoje przepraszam! – krzyknęłam i popchnęłam ją na ścianę. 
Dosłownie kilka sekund później z sufitu zaczęła lecieć woda, ta idiotka rozbiła alarm przeciwpożarowy. Czułam w kościach, że za jej głupotę czekają mnie niezłe kłopoty. Gdyby wzrok mógł zabijać, miałabym na swoim koncie dodatkowe morderstwo. Reszta działa się bardzo szybko, w szkolę pojawili się strażacy, a korytarze zapełnione były uczniami i nauczycielami. Chciałam stamtąd zwiać, ale na drodze stanął mi znów wychowawca. Ta dziewczyna nadal znajdowała się z łokciem wciśniętym w ten guzik. Gdyby to stało się w innych okolicznościach, na pewno wybuchnęłabym gromkim śmiechem. Dostrzegłam w tłumie Randalla wraz z Ryanem, obydwaj rzucali mi pytające spojrzenia, które ja w zupełności zignorowałam. Gdy dyrektor zapanował jakoś nad całą tą hałastrą i odesłał strażaków przepraszając ich za całą sytuację, nadszedł czas, żeby zajął się nami. 
- Zapraszam do gabinetu. – jego słowa były dobitne. 
- A-ale t-to n-nie j-ja… - ta mała cały czas się jąkała. 
- Bez dyskusji! – głos mężczyzny odbił się echem. 
Przesiadywałam na dywaniku u dyrektora, czułam się w tym miejscu jak u siebie w domu. Wiedziałam, że facet przygotowuje się do obszernego monologu, toteż zajęłam najlepsze miejsce. 
- Jak ci na imię? – rzucił to swoje przenikliwe spojrzenie. – Nie, nie tobie Naomi. – dodał szybko widząc, jak otwieram usta. 
- Mercy… Mercy Thompson. – dziewczyna uspokoiła się trochę, jednak nadal trzęsły jej się ręce i kolana. Dopiero teraz zauważyłam, że jej łokieć lekko krwawi. 
Dyrektor zaczął szperać w teczkach z dokumentami uczniów, gdy wyjął odpowiednią i zaczął czytać, co rusz przerzucał wzrok na tą całą Thompson. Rozluźniłam się już całkowicie i tylko w głowie szacowałam ile to wszystko może potrwać. Zaczęłam odczuwać silną chęć sięgnięcia po papierosa. 
- Wiem doskonale kto to wszystko spowodował… - rzucił mężczyzna, patrząc w moją stronę. – Jednak jakby nie patrzeć, ty Mercy również jesteś w to zamieszana. A ponieważ Nowy Jork słynie ze sprawiedliwości… - zawiesił głos. – Muszę ukarać was obie. 
Przyjęłam to całkiem spokojnie, myślałam, że wszystko skończy się o wiele gorzej. Szatynka jednak nadal siedziała jak na szpilkach i nerwowo skubała wystającą nitkę ze spodni. 
- Zgłoście się do mnie po lekcjach, wtedy wyznaczę wam jakąś karę. – wypowiedział to bez emocji. – Ah… I nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale mogą was czekać również konsekwencje ze strony straży pożarnej. – przybrał bardzo srogi ton.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem i wyszłam z gabinetu. 
- Jeżeli ta kara będzie dla mnie zbyt dotkliwa to obiecuję, że ci przypierdolę. – wysyczałam, gdy tylko dziewczyna wyszła z gabinetu. Miałam teraz okazję żeby się jej przyjrzeć. Gdy tylko trafiłam wzrokiem na jej oczy miałam wrażenie, że Mercy zaraz się rozpłacze. Zaśmiałam się pod nosem i ruszyłam w swoim kierunku. Po tej całej sytuacji nie było nawet mowy, żebym została w tej szkole chwilę dłużej. Skorzystałam z zamieszania, które wywołał dzwonek obwieszczający przerwę i wybiegłam na dwór. Udałam się w to samo miejsce co zawsze. Jeśli wydłubali mi oczy, zapewne i tak bym potrafiła tam dojść. Z odległości kilkudziesięciu centymetrów byłam w stanie dostrzec, że przy palenisku znajduje się kilka osób. Podeszłam do nich bez słowa i zajęłam swoje miejsce. Mogliśmy tutaj przebywać i nawet nie prowadzić żadnej rozmowy, w naszych relacjach to nie było ważne. Każdy miał określone zadanie i mieliśmy trzymać się tylko tego. Wyciągnęłam dwa papierosy na raz i zaczęłam łapczywie zaciągać się dymem. Czułam na sobie czyjeś palące spojrzenie, w końcu nie wytrzymałam i spojrzałam na nich wszystkich. 
- No i na chuj się tak patrzysz?! – złożyłam usta w cienką linijkę. 
- Grzeczniej. – blondyn mruknął niewzruszony. – Nie zapominaj jak bardzo jesteś ode mnie zależna. – wyszczerzył się w uśmiechu. 
- Daj jej spokój. – Ryan wstawił się za mną. – Jak będzie chciała to nam sama powie. – wrzucił garść patyków na sam środek wypalonego ogniska i spojrzał na mnie spod byka. 
Dopaliłam papierosa i pozwoliłam, żeby wszystkie negatywne emocje ze mnie zleciały.
________________________________________

Chciałam jak najszybciej przejść przez korytarz dzielący mnie od schodów, jednak z kuchni, nagle wyleciała moja matka. Ona była zupełną przeciwnością ojca, wiecznie pracująca, za marne pieniądze, na dodatek uważała, iż w życiu ponad wszystko trzeba cenić i wychwalać swoich rodziców. Chciałam ją wyminąć, jednak ona stanęła w ten sposób, że zastawiła całe przejście. Spojrzałam na nią pytająco, jednak ona tylko wskazała podbródkiem wejście do salonu. Poszłam tam niechętnie i spostrzegłam ojca, nienagannie siedzącego na kanapie. Rodzicielka zacisnęła mi mocniej kościste palce na ramieniu, czym zmusiła mnie do zajęcia miejsca naprzeciwko nich. 
- Czy musisz zawsze sprawiać nam problemy? – jej głos wypełnił całe pomieszczenie. 
- O co chodzi? – patrzyłam raz na nią, a raz na ojca, który znów patrzył na mnie z miną zbitego psa. 
- Dostaliśmy ze szkoły telefon… - zawiesiła głos. – Byłam w stanie znieść rzekomą pomyłkę przez którą policjanci odwieźli cię do domu, jednak ciągłe wagary, połączone z bójką są w tym domu srogo zakazane! – podniosła się z miejsca i zaczęła chodzić w kółko. 
- Kochanie… Spokojnie… - Ian próbował załagodzić całą sytuację. Mój ojciec nigdy się nie unosił, całe życie był jak ciepłe kluchy. – Naomi na pewno potrafi wytłumaczyć nam to w racjonalny sposób…
- Czy ty nie widzisz tego, że ta mała gówniara owinęła nas sobie wokół palca?! – teraz złość matki przeniosła się na jej męża. – Bóg jeden wie, gdzie się szlaja całymi dniami i nocami! Kradnie, jest agresywna, założę się, iż zaczęła się już puszczać i brać narkotyki! – chyba pierwszy raz w życiu zabolały mnie słowa wypowiedziane przez tę kobietę. 
- Najwidoczniej gówno wiesz o moim życiu! – wstałam z fotela i zbliżyłam się do niej na niebezpieczną odległość. – Dla twojej wiadomości ciągle jestem dziewicą. – skłamałam i pobiegłam na górę. 
Myślałam, że moje słowa zakończą tą całą bzdurną awanturę, jednak mniej niż pół godziny później, rodzice znów pojawili się w moich drzwiach. Dam sobie rękę uciąć, ze własna matka zabijała mnie właśnie w myślach na różne sposoby. Podgłosiłam radio, dając im tym do zrozumienia, że kompletnie nie obchodzi mnie to co chcą mi powiedzieć. Matka automatycznie podleciała i wyrwała wtyczkę z gniazdka. 
- Co ty od… - zawahałam się. – Co ty robisz?!
- Widzisz?! Chciała powiedzieć ‘odpierdalasz’ to własnej matki! – znów wybuchnęła, przez co jej twarz poczerwieniała. 
- Musiałaś się przesłyszeć… - ojciec stanął w mojej obronie. – Chciałem… Chcieliśmy ci powiedzieć, iż wychodzimy na kolację, a następnie mamy zamiar pójść na prywatkę do znajomych. Chcielibyśmy jakoś uczcić to, iż przyjęto mnie na okres próbny. – uśmiechnął się do mnie. – Kilka dolarów zostawiliśmy ci na lodówce, nie idź spać za późno. – pocałował mnie w czoło. 

Wyjrzałam przez okno żeby upewnić się, iż rodzice są już wystarczająco daleko i mogę w razie czego spokojnie wyjść. Zeszłam na dół i wcisnęłam pieniądze do kieszeni, podeszłam do telefonu domowego i wybrałam numer do Ryana. 
- Cześć. – mruknęłam niepewnie, w końcu niezbyt miło potraktowałam ich dzisiaj w lasku. 
- Hm? – wymamrotał zaspany, pewnie niedawno się obudził. – Z kim rozmawiam? 
- Naomi. – odparłam krótko i oparłam się o lodówkę. 
- Oh, któż to dzwoni. – odpowiedział z przekąsem. 
- Nie mam już papierosów… - westchnęłam. – Zresztą, chciałabym cię przeprosić za to w lasku, byłam zdenerwowana. – wypowiadałam każde słowo bardzo szybko, nie mam pewności czy zrozumiał ogólny sens mojej wypowiedzi. 
- To chyba nie mnie powinnaś przepraszać, ale nie szkodzi. Niedawno był u mnie Randy więc mam ich w zanadrzu. Ile chcesz? – znów odzywał się do mnie normalnie. 
- Z dwie paczki… A i przydałoby się jakieś wino… 
Ze względu na to, że i tak miał załatwić jakieś sprawy w moim rejonie zgodził się, żeby mi to wszystko dostarczyć do domu. Miałam dobre pół godziny dla siebie, wyjęłam składniki potrzebne do wykonania kanapek i zrobiłam sobie prowizoryczną kolację. Rzuciłam się na sofę w salonie i czekałam na chłopaka. 

Miał zostać tylko na chwilę, jednak skusiła go moja propozycja opróżnienia wspólnie butelki. Właśnie ją kończyliśmy, bawiąc się przy tym świetnie. Lubiłam towarzystwo Ryana, szczególnie kiedy oboje byliśmy pod wpływem alkoholu. Miałam głowę ułożoną na jego kolanach, a on jeździł mi po ustach palcem, który wcześniej był zamoczony w lampce wina. Złapałam go delikatnie w zęby i spojrzałam mu w oczy. Nagle zapragnęłam zasmakować jego ust. Podniosłam się automatycznie i z pełną gracją zawładnęłam jego wargami. Wiedziałam, że mi nie odmówi. Gdy się od siebie oderwaliśmy, dostrzegłam w jego oczach ogniki. Spojrzałam na niego wyczekująco, a on wsunął mi dłoń pod koszulkę i dorwał się do zapięcia stanika. 
Chwilę później byliśmy już bez ubrań, a on patrzył na mnie łapczywym wzrokiem. Całą atmosferę podkręcało jeszcze to, że zaraz będziemy się pieprzyć na ulubionej sofie mojej matki. Usiadłam na nim okrakiem i dałam pełną swobodę wykonywania ruchów. Ryan pieścił każdy zakamarek mojego ciała, czasami stawał się brutalny, jednak widząc jakikolwiek mój grymas zamieniał się w namiętnego kochanka. 

Gdy skończyliśmy, leżeliśmy jeszcze kilka chwil razem, wtuleni w siebie. 
- Dobra jesteś mała… - przeciągnął się, niczym dziki kot. – Tylko trochę za mocno drapiesz. – wskazał na ślady, które widniały na jego torsie. 
- Mhm… - mruknęłam i chciałam go pocałować, jednak chłopak wstał i zaczął się ubierać. – Idziesz już? – na mojej twarzy wystąpiło niezadowolenie. 
- Nie jestem tylko twój, skarbie. – uśmiechnął się głupio. – Wiesz ile jest jeszcze dziewczyn do zaspokojenia? – zaśmiał się. 
Jego odpowiedź kompletnie zbiła mnie z tropu, dlatego też zamilkłam. Przyglądałam się jak w transie jego plecom, które zniknęły za zamkniętymi drzwiami.   
  

2 komentarze:

  1. Kolejny naprawdę świetny rozdział, oby tak dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału :) A przy okazji nominowałam Was do Versatile Blogger Award.

    OdpowiedzUsuń