Na samym wstępie chciałam przeprosić za tak dużą przerwę. Sprawy osobiste, szkoła i kompletny brak weny robią swoje. Mamy nadzieję, że jeszcze tu zaglądacie.
Enjoy!
Mercy
Kiedy tam siedziałam, w jednym momencie zaczęły nawiedzać mnie setki myśli, dzięki temu podświadomie na chwilę się wyłączyłam. Zaczęłam wyliczać wszelakie straty i niepowodzenia ostatnich kilku dni: mam jedną karę i na pieńku z ojcem, a wszystko przez istną głupotę, a teraz? Równie dobrze mogę już nie wracać do domu i zacząć życie koczownika gdzieś w Alabamie. Miałam ochotę się rozpłakać z bezradności, jednak powstrzymałam łzy aby jeszcze bardziej się nie kompromitować. Z tego transu wyrwał mnie głos dyrektora, który w końcu przestał trzymać nas w niepewności.
- Jak ci na imię? - zapytał, patrząc na mnie znad swoich pozłacanych okularów.
- Mercy... - głos ugrzązł mi w gardle. - Mercy Thompson. - powiedziałam cicho, kiedy poczułam na sobie wzrok blondynki siedzącej obok.
Póki co nie zdobyła mojej sympatii, wręcz była daleka od tego. W końcu to przez nią tu trafiłam. Kojarzyłam ją, mijałyśmy się czasami na korytarzach i wiedziałam, że jest na tym samym roku co ja, jednak na szczęście została przydzielona do innej klasy. Ściślej mówiąc do klasy, w której są sami idioci bądź ludzie którym na niczym nie zależy. Chodzą do szkoły, bo takie jest prawo lub po prostu nie chcą pogarszać swoich relacji z rodzicami. Co do samej dziewczyny, jej buntownicza i lekceważąca postawa z jednej strony mnie irytowała, a z drugiej fascynowała. Jakaś część mnie chciała być taka jak ona, inna zaś nią gardziła. Patrząc na jej postać obiektywnie i zostawiając daleko w tyle całą tę sytuację, miałam co do niej mieszane uczucia i nie potrafiłam się określić. Po raz kolejny poczułam się zażenowana samą sobą, ponieważ ciągle trzęsły mi się ręce i kolana. Mercy, uspokój się.
- Ah, Mercy... - westchnął. - W takim razie, jestem prawie pewny kto jest winny temu zamieszaniu. - zaczął. Zauważyłam jeszcze jak dziewczyna obok poruszyła się niezadowolona i obrzuciła dyrektora nienawistnym spojrzeniem, reszta rozmowy docierała do mnie tylko w kawałkach.
***
Wyszłam z gabinetu i wiedziałam tyle, że będę musiała odbyć karę razem z blondynką. Jeżeli chodzi o szczegóły to miałam je poznać dopiero po lekcjach. Świetnie. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Uścisk nie był wcale subtelny, odwróciłam się aby zobaczyć kto to. Od razu zaczęłam tego żałować.- Jeżeli ta kara będzie dla mnie zbyt uciążliwa to obiecuję, że ci przypierdolę. - wysyczała mi prosto w twarz dziewczyna, świdrując mnie wzrokiem.
Czułam jak coś we mnie pęka. To było dla mnie zdecydowanie za dużo stresu na raz, a ja nie należałam do najtwardszych osób. Zobaczyła to, po czym najzwyczajniej w świecie się roześmiała i poszła w swoją stronę. Przez moment stałam skonsternowana, ściskając swój plecak. Gdy większość emocji już opadła, wyczułam pieczenie w okolicy łokcia. Spojrzałam na swoje ramię i zobaczyłam, że łokieć był pokryty krwią, co prawda w większości już zaschniętą, ale liczy się fakt. Jak wiadomo, na widok krwi robi mi się słabo. Tym razem nie było inaczej. Postanowiłam czym prędzej udać się do pielęgniarki i dopiero potem wrócić do klasy.
Rana nie była na szczęście poważna, trzeba było ją tylko odkazić, przemyć i zawinąć bandażem. Kiedy pielęgniarka skończyła swoją robotę musiałam wrócić. Lekcje ciągnęły mi się mozolnie i męcząco, nie wspominając nawet o szepczących ludziach kiedy tylko weszłam. Po raz pierwszy stałam się sensacją. Chodząca świętość Mercy Thompson wpadła w kłopoty, a to przecież nie zdarza się codziennie. Starałam się jak mogłam aby nie zwracać na to uwagi, ale w pewien sposób mnie to jakoś dotykało. Chodziłam z głową w dół, nie mając odwagi spojrzeć na innych. Podczas ostatniej przerwy wiedziałam, że potrzebuję izolacji toteż udałam się do opuszczonego magazynku, który kiedyś należał do naszego woźnego jak jeszcze nie został przeniesiony na drugi koniec budynku. Miejsce odkryłam oczywiście przez przypadek. Byłam tu może z dwa razy, kiedy naprawdę potrzebowałam czasu dla siebie. Kiedy czułam się tak jak teraz.
Chwyciłam za klamkę i czym prędzej weszłam do środka. Oparłam się o pobliską ścianę i powoli się po niej zsunęłam. Nie pamiętam kiedy ostatnio wpadłam w takie bagno. Kłopot goni kłopot, awantura awanturę. Muszę to umiejętnie rozegrać. Na pewno nie powiem o tym rodzicom... Nie. Po raz pierwszy nie powiem im o czymś takim. Ale ten pierwszy raz musi kiedyś nastąpić, prawda? Wracając do tematu. Zapewne dyrektor przydzieli nam jakieś roboty po szkole, czyli będę w domu później. Zawsze mogę powiedzieć, że zostaję po lekcjach na kole artystycznym bądź udzielam korepetycji słabszym uczniom. Tak, to by było dobre. Widzisz Mercy, nie ma co panikować. Póki atmosfera w domu trochę nie opadnie, nikt nie musi o tym wiedzieć. Suzie i Grega na szczęście nie było dziś w szkole, bo pojechali na jakieś zawody. W końcu trzeba dopingować szkolną drużynę, a przy okazji urżnąć się jak świnia na tych sławnych imprezach, które odbywają się po meczu aby świętować bądź zatopić smutki. Wbrew pozorom, im więcej myślałam o tej całej sytuacji, tym robiłam się spokojniejsza. Rozwiązania zdawały się pojawiać natychmiastowo. Może powinnam robić tak częściej? Najwidoczniej przychodziło mi to z łatwością. A małe kłamstwo jeszcze nikogo nie zabiło. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Z wewnętrznego monologu wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi i rażący snop światła. Automatycznie się podniosłam, a serce biło mi jak oszalałe. Starałam się wycofać do najciemniejszego zakamarka pomieszczenia, jednak szybko doszłam do wniosku, że jasność wypełnia cały ten składzik. Zmrużyłam delikatnie oczy i starałam się poznać po twarzy osobę, która zakłóciła mi spokój.
- O proszę, czy to nie Mercy? - zapytał Randy, zbliżając się ku mnie z papierosem w ustach.
- Nie, to tylko twoja wyobraźnia. - uśmiechnęłam się głupkowato i nie wiedząc jak wybrnąć z tej sytuacji, próbowałam go wyminąć i po prostu się ulotnić. Jednak to by było zbyt proste.
- Chwila, chwila. - zatrzymał mnie. - Trochę się dzisiaj o tobie mówi, a ja, człowiek którego ogólnie nie obchodzą takie trywialne szkolne wydarzenia, chciałbym usłyszeć pełną wersję wydarzeń od głównej bohaterki. -zaciągnął się i dla pewności, że mu nie ucieknę chwycił mnie za ramię. Nie był to mocny chwyt, ale pewny i nie miałam szans aby się z niego uwolnić.
- Nie ma o czym opowiadać. -wyszarpnęłam mu się delikatnie. - Zresztą, pewnie zanudziłabym cię na śmierć. Czemu nie spytasz tej drugiej dziewczyny? - zapytałam, kierując wzrok w stronę drzwi.
- Naomi nie chciała mi nic powiedzieć. - wywrócił oczami. - Więc korzystając z okazji chciałbym się dowiedzieć o co chodzi.
- Naomi? To ty ją znasz? - spojrzałam na niego zaciekawiona i lekko się odsunęłam. Był zbyt blisko.
- Kumplujemy się i powiedzmy, że ją... zaopatruję. Jaki ten świat jest mały, nieprawdaż? - zaciągnął się i usiadł na pobliskiej skrzynce.
- Tak... - wymamrotałam i wróciłam na swoją poprzednią pozycję. Bo w sumie co lepszego miałam do roboty?
- Dobra, ja odpowiedziałem na Twoje pytanie, więc wypadałoby oddać przysługę. Co się właściwie stało? Najlepsza część zdaje się, że mnie ominęła. - wypuścił dym z ust i spojrzał na mnie. Miał rację, a ja nie lubiłam być dłużna.
- Po prostu niechcący wpadłam na tą całą Naomi, a ta widocznie nie była w najlepszym humorze skoro musiała mnie popchnąć na ten przeklęty alarm. Wiesz, to nawet nie była moja wina, a i tak siedzę razem z nią w tym gównie. - nawet nie spostrzegłam kiedy mój ton głosu stał się taki... agresywny? Gniew, który powinnam odczuć już na samym początku pojawił się dopiero teraz.
- Naomi ma to do siebie, że inni ją obchodzą tyle co brud na butach i robi co jej się żywnie podoba. Nawet ludzie z naszej małej grupy rzadko kiedy się jej stawiają. Nadal się zastanawiam czemu... - zrobił lekką pauzę aby prawdopodobnie o tym pomyśleć. - Ale wracając do tematu. Byłaś po prostu łatwą ofiarą, w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. - stwierdził i rzucił niedopałek papierosa na posadzkę, mocno go przydeptując.
- Ostatnio zdaje mi się, że ciągle jestem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. - powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. Tak, nie zapomniałam o tym, że to głównie przez niego byłam uziemiona, a atmosferę w domu można było dosłownie gryźć. Sądząc po jego spuszczeniu głowy i drapaniu się po głowie, domyślił się o co chodzi. Założyłam ręce i cierpliwie czekałam na wyjaśnienia.
- Słuchaj Mercy, głupio wyszło... Kurewsko głupio. Ale tamtego wieczoru nawet Cię jeszcze do cholery nie znałem więc skąd mogłem wiedzieć, że to auto twojego pokurwionego ojca? - zaczął się bronić, a w jego lekko podniesionym głosie słychać było irytację. Zrobiłam mały krok w tył.
- W sumie... Najlepiej zapomnijmy o tym. - uśmiechnęłam się niepewnie. Miał rację, a ja zaczęłam czuć się nieswojo i chciałam już zakończyć ten temat tak szybko jak go zaczęłam. W mojej głowie zamigotała słabo czerwona lampka.
***
Zajęcia dobiegły końca dla większości uczniów, jednak nie dla mnie. Szłam mozolnym krokiem w stronę klasy do której miałam się zgłosić po lekcjach aby ustalić dokładnie jaką karę będę musiała odbyć z Naomi. Czułam małe skurcze w moim żołądku. Stresowałam się. Co, jeśli nie będzie tak jak przewidziałam? Wtedy koniec. Przystanęłam na moment, wzięłam głębszy oddech i odgoniłam negatywne myśli, przynajmniej na razie. To mój pierwszy raz, na dodatek nie z mojej winy. Musi być dobrze.Stanęłam przed drzwiami, wzięłam kolejny głęboki oddech i pociągnęłam za klamkę. Klasa świeciła pustkami, a kiedy weszłam do środka rozległo się ledwie słyszalne echo. Naomi nie było, chociaż podświadomie się tego spodziewałam. Nie sprawiała wrażenia osoby która kłopotała by się czymś takim. Mniejsza o to. Przy biurku siedział oczywiście dyrektor, kreśląc coś w dzienniku i poprawiając swoje okulary. Podeszłam do najbliższej ławki i usiadłam na przeciwko niego. Zauważył moją obecność toteż odłożył dziennik na bok i zwrócił swój wzrok na mnie. Niecierpliwie czekałam na decyzję jaką podjął. Miałam nieodparte wrażenie, że patrząc na mnie z góry cały czas bił się z myślami. W końcu z wielkim westchnięciem zabrał głos.
- Mercy... - zaczął układać z dokładnością długopisy na biurku. - Naprawdę bardzo mi przykro, że tak dobra uczennica jak ty... - zawiesił głos. - Będzie musiała zostać ukarana. Jednak pewnie wiesz, że jeśli byśmy Ci odpuścili, inni uczniowie mieli by nam to za złe. - spojrzał na mnie z politowaniem, a ja przytaknęłam.
- Wiem, ale jeśli przeszedłby pan do sedna byłabym bardzo szczęśliwa. Muszę zdążyć na obiad. - wymusiłam mały uśmiech i założyłam nogę na nogę.
- Oh tak, wybacz. Myślałem nad taką karą, aby za bardzo Cię nie dotknęła ale również aby nie była zbyt łagodna dla Naomi. Zaszła mi już parę razy za skórę i nie cieszy się tutaj zbyt dobrą sławą, ale to tak między nami. - puścił mi oko, na co miałam ochotę zwymiotować. Wyciągnął z szuflady kolejny dziennik, strzepnął z niego kurz i otworzył. Zaczął wodzić palcem po kartce, aż w końcu znalazł czego szukał.
- Na szczęście od strony straży pożarnej nie mieliśmy tym razem problemów po wyjaśnieniu sytuacji, tak więc w piątki i poniedziałki przydzielę was do sprzątania stołówki, co przy sprężeniu się zajmie wam około 40 minut. Ale jak wspomniałem, to tylko zależy od was. Powiedz mi Mercy, czy zapisałaś się już na jakieś koło zainteresowań? - odłożył dziennik na bok i poprawił okulary.
- Miałam dać odpowiedź Pani Jones pod koniec tego tygodnia, myślałam nad kołem artystycznym. - odpowiedziałam cicho. Byłam zmęczona, chciałam iść do domu, a ten zamiast przejść do rzeczy ciągle się rozdrabniał.
- Wspaniale, z tego co pamiętam koło artystyczne odbywa się we wtorki i czwartki, także nic nie wejdzie sobie w drogę. Naomi do Ciebie dołączy, nienawidzi wszelakich zajęć pozaszkolnych więc to będzie dla niej świetna kara. Czyż nie przemyślałem tego wspaniale? - zachwycił się samym sobą i wyglądał na bardzo zadowolonego. W sumie, ja też taka byłam. Na poniedziałki i piątki wymyślę jakąś wymówkę, resztę zasłoni się kołem. Nikt się niczego nie dowie... Poszło tak, jak planowałam. Cudownie.
- Dziękuję panie Collins, dozgonnie. - wstałam i uścisnęłam jego dłoń. Wybiegłam najszybciej jak mogłam. W końcu spóźnię się na obiad, prawda?
***
Następnego dnia
Dziś był piątek, przemęczę się przez ten ostatni dzień szkolnego tygodnia. Nie mam innego wyboru.
Kiedy wczoraj wróciłam ze szkoły, mama zajmowała się czymś w ogrodzie i nawet nie zauważyła, że byłam później w domu. Reszty rodziny oczywiście nie było. Sprawy szły jak z płatka, ku mojemu zaskoczeniu. Potem wszystko działo się w swoim naturalnym tempie. Przy obiedzie oznajmiłam rodzicielce o przyłączeniu się do kółka zainteresowań i rzekomym pomaganiu słabszym uczniów w klasie. Oczywiście, że była wniebowzięta. U ojca również za to zaplusowałam i miałam nadzieję, że moja kara szybciej dobiegnie końca. Co do Suzie i Grega... Wrócili w środku nocy, w stanie "lekkiej" nieważkości i tym razem to im się oberwało, co bardzo poprawiło mi humor. Zaczynało się polepszać. Wątpliwą kwestią pozostawał fakt, jak poradzę sobie z Naomi. Będziemy w końcu zmuszone aby ze sobą w jakimś stopniu, przynajmniej minimalnym, współpracować. Sprawiała wrażenie skończonej arogantki... właśnie, sprawiała. Sama nienawidziłam przylepiania łatek, więc postanowiłam że pomimo tego co się stało, spróbuję nawiązać z nią jakiś kontakt bez jakichkolwiek uprzedzeń. Jeśli się nie uda, trudno. Zawsze można spróbować.
Mozolnie podeszłam do mojej szafy i zajrzałam do środka. Niewielkie stosy czystych, poukładanych ubrań, kilka płaszczy, kurtek i sukienek na wieszakach. Moja garderoba nie była obfita, żeby nie powiedzieć uboga. Zresztą, czyja by była kiedy miało się tak ograniczony wybór? Chwyciłam rozkloszowaną, jeansową spódnicę do kolan i białą, haftowaną koszulę. Do tego moje niezawodne lakierki i podkolanówki. Ubranie się nie zajęło mi więcej niż 10 minut, a porannej toalety nawet nie warto opisywać. Może tylko tyle, że postanowiłam nie wiązać dzisiaj włosów w kucyk. Dzisiaj mogą żyć własnym życiem.
Zeszłam na dół i w połowie drogi już czułam unoszące się zapachy. Jajka na bekonie. Całkiem smacznie. Potruchtałam do kuchni, a kiedy weszłam zobaczyłam ojca siedzącego przy stole czytającego dzisiejszą gazetę. Mama nadal męczyła się z patelnią, a po Suzie i Gregu nie było ani śladu. Nie należeli do porannych ptaszków, zawsze trzeba ich było ściągać z łóżek więc nie powinnam być zbytnio zaskoczona. Jednak spojrzałam na zegarek i stwierdziłam, że nawet dla nich jest to zdecydowanie za późno. Usiadłam na przeciwko ojca, a ten nawet nie raczył rzucić spojrzenia na mnie.
- A gdzie reszta? - zapytałam siedząc prosto. Nie chciałam porannego wykładu na temat jak garbienie się wpłynie na moją postawę.
- Reszta nie idzie dziś do szkoły. - oświadczył ojciec, nadal czytając tę przeklętą gazetę.
- Z jakiej racji? - spytałam po raz kolejny z ledwie słyszalną irytacją w głosie.
- Źle się dzisiaj czują, zadzwoniłem już do szkoły i ich uprzedziłem. To i tak nie powinno Cię interesować. Poza tym wyjeżdżam na weekend do Paryża, nasza firma wygrała przetarg i muszę się stawić na konferencji. - odłożył w końcu gazetę, ale tylko po to aby wziąć łyk kawy i znowu do niej powrócić. Co mnie obchodziło czy będzie w domu czy też nie.
Nic na to nie odpowiedziałam. Z dwóch powodów. Pierwszy - czułam aż się we mnie gotuje. Źle się czują? Są na pieprzonym kacu, ot co. Gdybym to była ja to chyba musiałabym szukać nowej rodziny. Jednak lepiej powiedzieć, że "źle się czują" niż "zeszłej nocy wrócili napruci jak świnie, a teraz zwracają swoje flaki". Gdybym postanowiła się odezwać i go upomnieć, skończyło by się na kolejnej kłótni a ja poszłabym do szkoły z chęcią mordu. Drugi powód - nadal pracuję nad tym, aby moja kara szybciej dobiegła końca. Więc lepiej siedzieć cicho. Kiedyś los zasadzi im porządnego kopa w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Albo zrobię to ja.
Śniadanie minęło w typowej dla naszej rodziny atmosferze. Ględzenie o niczym, sztuczna wymiana uprzejmości, zdawkowe pytania w moją stronę typu "Mercy, masz dzisiaj jakiś test? Uczyłaś się?" i moje rozbudowane odpowiedzi które składały się na "Tak, mamo." bądź "Oczywiście, tato.". Dlatego też bekon i jajka zniknęły z mojego talerza błyskawicznie, a ja prawie że wybiegłam, o mało co nie zapominając parasola.
Zbliżałam się już do naszej szkoły, kiedy minęłam witrynę miejscowego sklepiku. Przystanęłam na moment i spojrzałam w odbicie. Mercy, czemu Ty pozwalasz tak sobą pomiatać? Ile to już razy w swoim nastoletnim życiu zadałam sobie to pytanie. Ciągle mi wmawiano jak powinnam się zachowywać, jak ubierać, czego słuchać, co robić. Czułam, że coś co zbierało się przez te wszystkie lata niedługo eksploduje. Spojrzałam jeszcze raz. Przeczesałam ręką swoje kasztanowe włosy. Jedna z niewielu rzeczy nad którą mogłam mieć kontrolę. Chociaż to też nie zawsze.
Spojrzałam na swoje nogi. Podobały mi się, jednak nigdy nie miałam okazji aby je lepiej zareprezentować. Podeszłam bliżej i spojrzałam na siebie po raz ostatni. Rozejrzałam się czy nie ma nikogo wokół i postanowiłam podwinąć swoją spódnicę. Malutkie kroczki. Materiał przewijał mi się między palcami, zrobiłam to dosyć umiejętnie. Gotowe. Teraz sięgała mi trochę ponad kolana. Było w sam raz.
Spojrzałam na swoją klatkę piersiową. Z niej również byłam zadowolona, nigdy nie pragnęłam mieć dużego biustu, a według mnie mój był w sam raz. Dotknęłam lekko pierwszego guzika pod szyją, który natychmiastowo rozpięłam.
Uczucie swobody było cudowne. Uśmiechnęłam się do siebie i ruszyłam dalej. Usatysfakcjonowana i zadowolona.
Kiedy byłam już przy wejściu, dostrzegłam parę osób patrzących w moją stronę. Natychmiastowo zrobiło mi się wstyd. Chciałam odwinąć spódnicę i zapiąć ten cholerny guzik... Jednak nie mogłam. Próbowałam nie dać po sobie tego poznać. Musiałam udowodnić, że potrafię coś zmienić. Udowodnić sobie, zmienić siebie. Z tymi myślami, już pewniejszym krokiem, pchnęłam drzwi i weszłam do środka. Nie rozglądałam się już na boki, szłam prosto do mojej szafki.
Otworzyłam małe drzwiczki i wzięłam to co potrzebne na kolejne lekcje. Książki, zeszyty, przybory. Typowe. Zastanawiałam się też gdzie jest Nick. Od wczorajszego incydentu nie miałam okazji go zobaczyć, gdyż nie miałam już z nim lekcji, a na przerwach się najzwyczajniej ukrywałam. Żałosne, wiem. Wspomnienia o wczorajszym dniu postanowiłam puścić w niepamięć. Teraz liczy się tylko to, aby póki co nic się nie wydało. Inaczej jestem martwa.
Kiedy upewniłam się, że mam wszystko co potrzebne, zamknęłam szafkę i odwróciłam się na pięcie... i powiem wam, że gdyby nie zabrało mi oddechu w piersiach, wydarłabym się na cały korytarz. Przede mną nie stał nikt inny, a Randall. Mina na jego twarzy wyrażała głębokie zadowolenie, więc doszłam do wniosku że straszenie mnie stało się jego nowym hobby. Nadal nie mogłam się przyzwyczaić do tego, że rozmawiam z kimś poza Nickiem, który zawsze lubi zaznaczyć jego obecność. Randall był jego kompletnym przeciwieństwem. Dlatego też nie zauważyłam kiedy się na mnie zaczaił.
- Czy Tobie już kompletnie odbiło?! - zapytałam z wyrzutem, ściskając swoje książki. Rozejrzałam się jeszcze wokoło, na szczęście nikogo nie zainteresowaliśmy.
- Być może. Jak Ci mija dzień? - włożył ręce do kieszeni i spojrzał na mnie.
- Randy, jest dopiero 8:30, jak myślisz? - odpowiedziałam kpiąco. Zrobiło mi się też dziwnie, kiedy wypowiedziałam jego imię... W moich ustach brzmiało jakoś, nierealnie? Muszę się przestawić.
- No nie wiem, różne rzeczy dzieją się w Queens o różnych porach. Niedawno znaleziono pobitego mężczyznę w tych okolicach, gdzieś o porannych godzinach. - na jego usta wstąpił dziwny uśmieszek, a ja przełknęłam ślinę. Chłopak to dostrzegł, na co głośno się roześmiał. Aż jedna dziewczyna się za sobą obejrzała.
- Wymyśliłem to na poczekaniu, nie bój się. Ale przejdę teraz do sedna. Robisz coś jutro? - spytał, czekając na moją odpowiedź. A ja nie wierzyłam w to co właśnie usłyszałam. Chce ze mną spędzić czas poza szkołą? Czy ja na pewno się dzisiaj obudziłam? Nie...
- Mercy? - pomachał mi przed twarzą, a ja wyrwałam się z amoku.
- N-nie, nie raczej nie. Haha, zresztą, ja miałabym coś do roboty? - zaśmiałam się głupkowato, jednak po chwili zdałam sobie sprawę jak... smutno to zabrzmiało. No cóż.
- No to świetnie. Z racji tego, że jestem tak dobroduszny, postanowiłem Cię zabrać na małe... przyjęcie na którym będzie Naomi. Dzisiaj jej nie ma, a chciałem żebyście poznały się lepiej, skoro macie odbywać razem karę od starego Collinsa. Spotkajmy się tam, gdzie się poznaliśmy około osiemnastej. Trzymaj się. - puścił mi strzałkę, a ja po prostu stałam.
Taki ogrom informacji do mnie nie docierał. Spotkać się to jedno, ale "przyjęcie"? Z Naomi? Tak, chciałam nawiązać z nią jakiś kontakt, ale nie w ten sposób! Nie wiedziałam co robić, biłam się z własnymi myślami. Z jednej strony chciałam wyjść, poznać nowych ludzi. W końcu ojciec przecież wyjeżdża na weekend i nie będę mieć drugiej takiej okazji. A z drugiej... Bałam się, że stanie się coś złego. Coś, co mnie pogrąży i stracę kontakt z Randallem i znowu zostanę z Nickiem. Cholera jasna! Chyba z nikim tak często się nie kłócę jak sama ze sobą. Czy to zakrawa o schizofrenię? Oby nie. Czułam się rozdarta. Potrzebowałam jakiegoś silnego bodźca, który pchnął by mnie do podjęcia decyzji. Usłyszałam dzwonek, który pomógł mi się otrząsnąć. Udałam się w stronę klasy, kiedy na mojej drodze spotkałam... Nicka. Ucieszony na mój widok, biegł w moim kierunku niczym pies na widok swojego pana.
Tak, to był bodziec którego potrzebowałam.
Tak banalny, a tak skuteczny.
Świetny rozdział! Bardzo podoba mi się fakt, iż to opowiadanie jest waszym pomysłem, a nie jakimś fanfiction. Rozwój postaci również na plus, nic nie dzieje się za szybko ani za wolno.
OdpowiedzUsuńOby tak dalej. :)
Ciekawy rozdzial, milo sie was czyta. + zgadzam sie z przedmowca :-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i mam nadzieje ze nie stracicie ochoty do pisania :-)
Pisanie to nasza pasja, dlatego też nie ma takiej opcji. :3 /Cam
UsuńNominowałam Was do Liebster Awadr :) Więcej informacji u mnie ♥
OdpowiedzUsuńNominacja do Versatile Blogger Award... ;-)
OdpowiedzUsuńhttp://rockrockrockmusic.blogspot.com/2014/07/versatile-blogger-award.html