Mercy
_________________________
Byłam tak pogrążona w swoich myślach, że nawet nie spostrzegłam kiedy znalazłam się przed głównym wejściem szkoły. Chwyciłam mocniej jeden uchwyt od plecaka i ruszyłam. Za każdym razem wejście do środka mnie stresowało. Świdrujący wzrok innych, niezależnie od tego kim jesteś sprawia że czujesz się malutki. Można cię zgnieść w każdej chwili, jak pchłę. Muszę się tego wyzbyć, bo jak tak dalej pójdzie to pewnego dnia zemdleję tuż przed drzwiami. Mercy, odwagi! Jesteś tu od miesiąca, czuj się jak u siebie. Przynajmniej spróbuj.
Skierowałam się w stronę mojej szafki i kiedy ją otworzyłam, ktoś gwałtownie ją zamknął. No tak.
- Nick, to już mnie nawet nie śmieszy, tym bardziej nie straszy, wiesz? - spojrzałam na niego znudzonym wzrokiem.
Nick Bennett. Pech tak chciał, a może szczęście, że na początku roku podczas lekcji biologii trafiło mi się miejsce koło niego. Pomogłam mu kilka razy i od tego czasu chodzi za mną jak cień. Najpierw było to miłe, ale z czasem jego towarzystwo zaczęło mnie męczyć. Potrafi być zabawny, można z nim pogadać. Dopóki nie obudzi się jego aroganckie ego i potrzeba bycia w centrum uwagi. Nieudolnie usiłuje zdobyć jakąś miłość. Pewnie nadal liczy na coś ze mną. Przykro mi bardzo, to się raczej nie uda. Jednak boję się zwrócić mu jakąkolwiek uwagę, jest jedyną osobą jaką mogłabym nazwać poniekąd przyjacielem w tym miejscu. Nie chciałam go stracić. Tonący brzytwy się chwyta.
- Ah, ale w twoich zielonych oczach widać było nutkę strachu. - nachylił się i chwycił kosmyk moich włosów zakładając mi je za ucho. Doskonale wiedział, że nienawidziłam jak ktoś mnie dotykał.
- Skończ, i być może odwiedź okulistę lub przestań brać, bo źle ci to wpływa na wzrok. - dałam mu kuksa w bok i wzięłam potrzebne mi książki.
Idiota. Odwróciłam się na pięcie i przyśpieszyłam kroku. Nie minęła nawet chwila, a ja już słyszałam swoje imię.
- Mercy, dobrze wiesz że się tylko drażniłem. Zaczekaj! – próbował zwrócić na siebie moja uwagę.
Po raz kolejny go zignorowałam, w tym samym czasie zadzwonił dzwonek. Większość osób zaczęła się dopiero schodzić, ja już siedziałam gotowa. Nic dziwnego, że przylepiono mi łatkę dobrej uczennicy. Wysokie wyniki, nienaganne zachowanie, porządna i wysoko postawiona rodzina, trzeba wymieniać dalej? Jedną z licznych rzeczy jaką darzyłam nienawiścią było szufladkowanie. Skąd oni mogli wiedzieć, jaka byłam naprawdę? Ano, jak się nad tym zastanowić to nie mogli, z dwóch powodów. Pierwszy - ludzie rzadko kiedy z własnych chęci chcą poznać kogoś bliżej, nie patrząc na to jak wygląda, z jakiej jest grupy, nie biorąc pod uwagę etykietki jaką dana osoba miała. Drugi - Mercy Thompson to tchórz, który boi się przeciwstawić i spróbować zmienić coś w swoim szarym życiu.
Nastała pora na lunch, którą zazwyczaj spędzało się na stołówce. Ja chodziłam tam tylko po to, aby się już tak nie odseparowywać od innych. Przynosiłam własne jedzenie. Po pamiętnej nocy spędzonej w toalecie postanowiłam, że nie tknę już niczego co miało kontakt z naszą stołówką. Właśnie rozpakowywałam małą paczkę chipsów, kiedy mi przeszkodzono.
- No dalej, Mercy, długo się jeszcze będziesz dąsać? - dosiadł się do mnie oczywiście nie kto inny, jak Nick wraz z tacką pełną tego świństwa, które nazywane było tu obiadem. Ciężko było nawet na to patrzeć.
- Gdybyś nie zachowywał się jak skończony dureń to nigdy bym się nie dąsała, zacznijmy od tego. - próbowałam wysilić się na uśmiech, ale sądząc po jego minie niezbyt mi się to udało.
- Mogłabyś raz na jakiś czas wyluzować? Jesteś fajną dziewczyną, ale potrafisz wystawić czyjeś nerwy na próbę. - powiedział i siorbnął mleka z kartoniku.
- I kto to mówi. - wymamrotałam i wzięłam gryz kanapki. Przynajmniej dzisiaj matka się postarała.
Każdy zajął się swoim jedzeniem, a kiedy skończyliśmy, pogawędziliśmy jeszcze chwilę i wróciliśmy do swoich klas. Dzięki Bogu miałam z nim tylko biologię i historię.
Kolejny dzień szkoły powoli dobiegał końca, a ja z niecierpliwością liczyłam minuty do dzwonka. Zresztą, nie tylko ja. Kiedy w końcu rozbrzmiał, klasa nawet nie pozwoliła dokończyć nauczycielce słowa, ponieważ wszyscy równocześnie wybiegli, o mało się wzajemnie nie taranując. Wolałam poczekać i nie brać w tym udziału. Gdy klasa opustoszała i zostałam tylko ja z panią Jones, ta mnie zatrzymała.
- Mercy, czy mogłabyś poświęcić mi chwilę? - zapytała grzecznie i przywołała mnie ręką do swojego biurka.
- Oczywiście, czy coś się stało? - w mojej głowie od razu pojawiło się tysiące myśli na temat tego, co też mogłam zrobić. Notowałam wszystko na lekcji, nie rozmawiałam. Nic.
- Absolutnie nic, o to się nie martw. – posłała mi ciepły uśmiech. - Tylko wrzesień powoli dobiega końca, a ty nadal nie wybrałaś żadnego koła zainteresowań. Oczywiście nie są one przymusowe, jednak myślę, że taka uczennica jak ty powinna się nad jakimś zastanowić. - uśmiech nie schodził jej z twarzy, przez co miałam ochotę ją w tym momencie uderzyć.
Pani Jones to przemiła kobieta, ale za "taka uczennica jak ty" ma u mnie sporego minusa. Chociaż znając życie i tak pewnie wybiorę jakieś zajęcia dodatkowe, żeby nie zawieść niczyich oczekiwań.
- Ah, tak, wyleciało mi to z głowy. - spojrzałam na nią i głupio się zaśmiałam. - Ma pani może jakiś spis tych zajęć? Pomyślę nad nimi i do końca tygodnia dam pani odpowiedź.
- Tak, tak. - przytaknęła i sięgnęła do szuflady biurka. – Proszę… - wręczyła mi idealnie wygładzoną kartkę. – To wszystko, miłego popołudnia. - uśmiechnęła się szeroko co odwzajemniłam.
- Wzajemnie. – zamknęłam za sobą drzwi.
Droga do domu minęła mi szybko, w końcu to tylko 10 minut. Po drodze pogłaskałam kota sąsiadów i chwilę się z nim pobawiłam. Chciałabym mieć takiego sierściucha, ale z racji tego że moja przeklęta siostra ma alergię taka opcja nie wchodzi w grę. Kiedy przekroczyłam próg domu, od razu coś mi nie pasowało. Rozejrzałam się. Z kuchni dobiegały odgłosy krzątania się, więc pewnie mama gotuje obiad. Chwila zastanowienia. No tak, nigdzie nie widzę mojego rodzeństwa. Moje rodzeństwo... Którego szczerze nienawidzę. Starsza o rok Suzanna, czy jak kto woli Suzie, i starszy o dwa lata Greg, czyli Gregory. Ja byłam najmłodsza, i to ode mnie najwięcej się wymagało, co za ironia. Skromnie mówiąc byłam najinteligentniejsza z całej trójki, bo ani Suzie, ani Greg w całym swoim życiu nie zaskoczyli mnie czymś błyskotliwym, a iloraz swojej pozornej inteligencji podkreślają na każdym kroku. Siostra była typową panią popularną w naszym liceum, a Greg kapitanem szkolnej drużyny footballowej. Jak już wspominałam, nie pałam do nich miłością, ale to działa w obydwie strony. W szkole mało kto wie, że jesteśmy rodzeństwem. Ba! Że jesteśmy w ogóle spokrewnieni. Jednak potrafiliśmy grać kochającą się rodzinę kiedy to wychodziliśmy gdzieś na jedno ze spotkań biznesowych ojca. No właśnie, ojciec. Chyba najbardziej znienawidzona postać w moim życiu. Drań, dla którego reputacja jest ważniejsza, niż własna rodzina. Osoba, która przycina mi skrzydła i blokuje. Jeden z bardziej liczących się ludzi w okolicy. Dla każdego z nas wybrał już przyszłość. Gregory będzie kapitanem krajowej drużyny, a Suzanna będzie jedną z tych modelek, które to widuje się coraz częściej w gazetach. Im to w sumie pasuje, bo do niczego innego by się nie nadawali. A ja? Ja będę lekarzem, pomimo tego, że ratowanie ludzkich żyć w ogóle mnie nie rajcuje. Na dodatek robi mi się słabo na widok krwi. A przecież chciałam wiązać swoją przyszłość z malowaniem i życiem w małym apartamencie gdzieś na Piątej Alei z widokiem na mój ukochany Central Park. Ale przecież z malowania się nie utrzymam i oczywiście bez jego pomocy zgniłabym na ulicy, jak to zwykł mawiać. Najważniejsze jest wsparcie, prawda? Gdyby mógł zaprogramował by mi mózg od nowa. To nie wszystko. Muzyki słucham tylko wtedy, kiedy nie ma go w domu, do tego po cichu, a albumy chowam po kątach. Dźwięki, które płyną z mojej wieży to dla niego jazgot. Paranoja, żeby tak ograniczać własne dziecko. Ubierać też nie mogę tego co chcę. Sweterki, koszule, sukienki do kolan, jeansy. O krótkich spodenkach nie ma mowy. Śmieszne, bo spódniczek Suzie czasami nie można odróżnić od paska. Próbowałam się kiedyś o to kłócić, jednak zabrano mi za to książki, więc już nigdy nie poruszałam tego tematu. Na pomoc mamy nie mam co liczyć, typowa kura domowa której słowo nie ma żadnego znaczenia. Nie pracuje, tylko gotuje i sprząta. Współczuję jej. Nigdy nie chciałabym tak żyć. Być może się już do tego przyzwyczaiła? No, tak czy siak, właśnie poznałeś rodzinę Thompsonów.
Weszłam do kuchni i cicho odłożyłam plecak na bok. Spojrzałam na mamę, która miała na sobie ulubiony fartuch i usiadłam przy stole, nadal ją obserwując.
- Mamy dzisiaj jakąś specjalną okazję? – powiedziałam głośniej niż zwykle, żeby przebić się przez bulgot zupy, po czym oparłam się o rękę i przetarłam lekko oczy.
- Słodki Jezu, Mercy! Mogłam zejść na zawał! - podskoczyła i złapała się za klatkę piersiową. Miałam ochotę się roześmiać, ale wolałam to zdusić.
- Przepraszam. Odpowiesz mi na pytanie? – nadal nie zmieniłam pozycji. Ojciec wiele razy powtarzał mi, że od takiego siedzenia w młodym wieku dostanę garb, bądź skrzywienie kręgosłupa.
- Nie, po prostu Suzie przyprowadzi dziś swojego kolegę i postanowiłam zrobić im coś dobrego. - uśmiechnęła się idiotycznie i wróciła do gotowania.
Ta, kolegę. Ile to już ona miała takich kolegów? Straciłam rachubę przy jedenastym.
- W takim razie mogłabym dzisiaj pojechać do centrum? Wiesz, nie chciałabym im niechcący przeszkodzić. - zapytałam, korzystając z zaistniałej sytuacji.
- Jeśli nie masz dużo pracy domowej, to oczywiście. – wytarła dłonie w ścierkę. - Weź jakieś pieniądze z mojej torebki. Tylko nie wróć zbyt późno. - nawet się nie odwróciła, a ja wymamrotałam zwykłe "dobrze mamo" i pobiegłam na górę.
Weszłam do pokoju i zaczęłam pakować swoją torbę. Książka którą muszę zwrócić, rysownik i pakiet ołówków. To wszystko czego było mi trzeba. Uwielbiałam spędzać czas rysując i czytając w Central Parku, a szczególnie na Strawberry Fields - moje ulubione miejsce, a zaraz za nim Shakespeare Garden, pomimo tego, że nie przepadam za jego sztukami.
Mój dom był tak ułożony, że miałam blisko prawie wszędzie. Szkoła, lokalny sklepik, plac zabaw, przystanek autobusowy do którego właśnie się udawałam. Przy dobrych wiatrach będę na Manhattanie w 30-40 minut. Stałam oparta o słup, ciągle patrząc się na zegarek. Miałam na sobie jeansy i rozciągnięty sweter, do tego lakierki. Najlepsze co mogłam wykombinować, a do czego nie mogłaby się przyczepić matka. Brązowe włosy jak zwykle wysoko spięte w kucyk. Tak prezentowałam się ogólnie. Nawet nie wiecie jak często miałam ochotę rozpuścić włosy, założyć krótkie szorty, poszarpaną koszulkę i kowbojki. Niegrzeczne marzenia, grzecznej dziewczynki. Cicha buntowniczka. Zaśmiałam się pod nosem na to nowo powstałe, idiotyczne określenie, a staruszka która siedziała na pobliskiej ławce dziwnie się na mnie spojrzała. Trudno.
Autobus w końcu przyjechał, a ja kulturalnie przepuściłam wspomnianą staruszkę, jednak ta nadal mierzyła mnie wzrokiem. No cóż, chciałam dobrze. Zapłaciłam za bilet i usiadłam na końcu pojazdu. Oparłam głowę o okno, a kiedy autobus ruszył zaczęłam obserwować ruszające się obrazy za szybą. Jak artystycznie. Lubiłam Queens, ale nie chciałam tu egzystować przez całe życie. Być może w przyszłości przeniosę się do centrum Nowego Jorku? Albo chociażby do innego miasta? Seattle, San Francisco, Los Angeles? Kto wie.
Tak jak przewidywałam, po czterdziestominutowej jeździe byłam już przy jednym z wejść do Central Parku. Dochodziła siedemnasta, więc aby nie tracić czasu pobiegłam w kierunku Strawberry Fields. Jak zwykle można było zobaczyć spacerujące pary, rodziny z dziećmi, starszych ludzi z psami, kilka osobliwości. Za to też uwielbiałam to miejsce. Przeróżni ludzie skupiali się właśnie tu, każdy z innego powodu. Lubiłam ich obserwować, a następnie przenosić ich sylwetki i twarze na papier. Dostrzegłam moje ulubione miejsce pod wierzbą i wygodnie się usadowiłam. Czułam, że dzisiaj był dzień na rysowanie, więc zaczęłam się rozglądać za jakąś ciekawą personą. Zobaczyłam pewnego chłopaka, u którego w ubiorze przeważały ciemne kolory z przebłyskami jaskrawych. Nie tylko to go wyróżniało. Bujne, nastroszone włosy też odstawały od reszty. Siedział na ławce czytając magazyn, którego nie potrafiłam rozpoznać. Tak, dzisiaj ty zostaniesz moim modelem, jakkolwiek masz na imię. Mam tylko nadzieję, że mnie nie zauważy. Zaczęłam delikatnie pociągać ołówkiem zakreślając jego ostre rysy twarzy. Naprawdę się wyróżniał. Dalej się już nie zastanawiałam, ręka sama wodziła po papierze.
Kończyłam już portret jegomościa, i w samą porę, bo ten już odchodził. Spojrzałam na swoje dzieło i stwierdziłam, że nie było złe. Nagle mnie olśniło. Sięgnęłam do kieszeni spodni i wyciągnęłam broszurkę, którą podarowała mi pani Jones. Omiotłam wzrokiem listę zajęć i znalazłam. Koło artystyczne. Coś co lubię i ojciec będzie miał się czym chwalić. Jego córka bierze udział w zajęciach pozalekcyjnych, a jakich to już go guzik obchodziło. Dwie pieczenie na jednym ogniu, jak to się mówi. Odruchowo sprawdziłam godzinę. Była 17:50, a ja chciałam jeszcze wpaść do biblioteki oddać książkę. Wstałam i otrzepałam spodnie, spakowałam się i opuściłam swoje miejsce.
Wyszłam już z Central Parku i obejrzałam się za siebie, ponieważ cały czas miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Przez przypadek wpadłam na młodą kobietę, przeprosiłam ją szybko i oparłam się o ogrodzenie. Chciałam złapać oddech, jednak poczułam jak ktoś wyrywa mi torbę.
- Co ty robisz?! – wykrzyknęłam, widząc jak chłopak, którego przed chwilą szkicowałam próbuje mnie okraść. Świetnie, Mercy!
Świetne. Macie talent. Czekam na następny rodział, mam nadzieję, że będzie równie ciekawie :D
OdpowiedzUsuńBardzo mi się podoba, czekam na dalszą część, wprowadziłabym jednak kilka zmian. ~i
OdpowiedzUsuń