Naomi
- Wszystko w porządku? – spojrzał na mnie uważnie.
- Nie widać? – odburknęłam, zarzuciłam plecak na ramię, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w swoją stronę.
Musiałam wspiąć się na samą górę, żeby trafić do odpowiedniej klasy. Wcale nie przeszkadzało mi to, że przyszłam dopiero na trzecią godzinę lekcyjną, musiałam trochę odespać po wczorajszym wieczorze.
Weszłam do środka i próbowałam zająć bezszelestnie miejsce, nie utrzymując z nikim kontaktu wzrokowego. Belfer jednak zauważył moją obecność i od razu zaczął notować coś w swoim podręcznym notesie. Nie zaszczycił mnie nawet jednym słowem. Wyciągnęłam podniszczoną książkę, zeszyt i zaczęłam z małą dokładnością przepisywać zawiłe pojęcia z tablicy. Gdy tylko rozbrzmiał dzwonek odetchnęłam z wielką ulgą, jako jedna z pierwszych schowałam swoje przybory i byłam gotowa do wyjścia, jednak pan Marvick przywołał mnie gestem ręki do swojego biurka.
- To nie jest twoje pierwsze spóźnienie w tym semestrze… - zawiesił głos.
- I co z tego? – weszłam mu w słowo.
- Naomi, jeżeli będziesz tak dalej postępować zmuszeni będziemy wezwać twoich rodziców. – zacisnął usta w wąską linijkę.
- Wątpię, żeby mieli czas na słuchanie bzdur, które chcecie im wcisnąć. – wyszłam z klasy, po raz kolejny dzisiaj trzaskając drzwiami.
Ten staruch zawsze działał mi na nerwy, ale teraz próbuje jeszcze wciągnąć w moje życie rodziców. Jego niedoczekanie! Muszę zapalić, inaczej nie wytrzymam w tej duszącej atmosferze. Ominęłam sprytnie kilka miejsc w których stali nauczyciele i wydostałam się na dwór. Z przedniej kieszeni spodni wyjęłam pogiętą paczkę papierosów i udałam się do pobliskiego lasku. Wzięłam ostatnią fajkę i z wielką dokładnością ją odpaliłam. Kilka głębszych wdechów pozwoliło mi się minimalnie rozluźnić. Jeden papieros to trochę za mało, ale trzeba się cieszyć z tego co się ma. Zgniotłam niedopałek butem i wróciłam do budynku.
Mierzyłam wzrokiem różne grupki ludzi, codziennie były one na swoim miejscu. Stanęłam bliżej plotkujących dziewczyn, ponieważ wyglądały na silnie roztrzęsione. Ciekawe co też takiego wydarzyło się tym razem.
- Mówię ci, że to musi być prawda! – prawie krzyczała piskliwym głosem niska brunetka z pierwszego roku.
- Oni nie są nawet do siebie podobni. – wygładziła krótką spódniczkę blondynka. – Zresztą, czemu nie trzymają się razem w szkole? Każde rodzeństwo tak robi. Spójrz chociażby na Toma i Cindy, albo bliźniaczki od pani Hoffer. – dziewczyna oparła się ze znudzoną miną o szafkę.
- Ja to nawet raz słyszałam jak w szkolnej toalecie Suzie ze swoimi przyjaciółkami oceniały dziewczyny z pierwszego roku… - do dyskusji dołączyła się mulatka. – Gdyby byli rodzeństwem to Mercy nie dostałaby najmniej punktów. Zresztą, Greg i Suz trzymają się razem i od razu widać, że są rodziną! – zakończyła swój wywód i zaczęła wertować kartki podręcznika.
Nie chciało mi się tego słuchać, kolejne znudzone swoim życiem dziewczyny. Nie wiedziałam nawet kim była ta Mercy. Udałam się do szkolnej biblioteki i starałam się sprawiać wrażenie ogromnie zainteresowanej literaturą francuską. Gdzieś w końcu musiałam spędzić pozostały czas wolny, a ponieważ moja paczka postanowiła zrobić sobie dzisiaj wolne to zostało mi tylko to miejsce.
Gdy mogłam już opuścić szkołę od razu poprawił mi się humor. Chciałam sięgnąć do kieszeni po kolejnego papierosa, jednak uzmysłowiłam sobie, że wszystko co miałam już wypaliłam. Kopnęłam z wielką premedytacją kamień i z grobową miną ruszyłam wprost do domu. Jeżeli w przeciągu kilku godzin czegoś nie zapalę, to zwariuję. Chyba właśnie do mnie dotarło, że jestem uzależniona.
Pomimo tego, że wielkimi krokami nadchodził październik, pogoda nadal dopisywała. Dotarłam w końcu do domu i wzdrygnęłam się na sam widok tych okropnym kwiatów, którymi ktoś znów przystroił nasz ganek. Stanęłam na schodach i zrzuciłam doniczki na posesje sąsiadów, otrzepałam niewidzialny kurz z rąk i weszłam do środka.
- Cześć Naomi! – przywitał mnie głos ojca, który krzątał się po kuchni. – Zjesz coś, kruszynko? – postawił na blacie szklankę z sokiem.
- Ile razy mam ci mówić, żebyś mnie tak nie nazywał?! – zignorowałam jego pytanie i zniknęłam na schodach, które prowadziły na górną kondygnację naszego domu.
Wpadłam do pokoju i zrzuciłam z ramion plecak, zmieniłam koszulkę, nastawiłam winyl w gramofonie i dokończyłam napoczętą czekoladę, która czekała na mnie cały dzień. Rzuciłam się na łóżko i myślałam co mogę robić. Wtem przypomniałam sobie, że nadal nie mam co palić. Zamknęłam za sobą po cichu drzwi i zakradłam się do sypialni rodziców. Bingo! Portfel ojca leżał na samym wierzchu. Przejrzałam jego zawartość i pozwoliłam wziąć sobie pięćdziesiąt dolarów. To nie jest kradzież… Tylko pożyczka, co prawda na wieczne oddanie, ale zawsze pożyczka brzmi lepiej niż kradzież. Wsunęłam banknot w miseczkę od stanika i opuściłam pokój rodziców. Wyrzuciłam wszystkie książki z plecaka na podłogę i trzymając go w ręku zbiegłam na dół.
-Wychodzę! – krzyknęłam i wypadłam na zewnątrz.
Po nieboskłonie zaczęły płynąć wolnym ruchem chmury w kolorze różowym, za którymi kryło się zachodzące słońce. Zbliżał się do mnie zaprzyjaźniony kot sąsiadów, jednak nie miałam dzisiaj ochoty na zabawę z nim. Tupnęłam kilka razy nogą i zwierzak uciekł w popłochu. Kołysząc biodrami przemierzałam kolejne ulice mojej części dzielnicy, aż w końcu ją opuściłam. Do miejsca do którego zmierzałam byłoby szybciej lokalnym autobusem, ale szkoda było mi rozmieniać pieniędzy.
Od domu obecnie dzieliło mnie kilka dobrych kilometrów, słońce już dawno zaszło pozostawiając po sobie jedynie wspomnienie. Na końcu dróżki wyłożonej powyszczerbianymi cegłami, stał niewielki, jednorodzinny murowany dom. Przeszłam bez ceregieli przez furtkę i znalazłam się na posiadłości. Podeszłam do drzwi i zastukałam kilka razy kołatką. Po dłuższej chwili w drzwiach stanął zaspany chłopak, który jeszcze przecierał oczy żeby się bardziej rozbudzić, a jego włosy postawione były każdy w inną stronę.
- Hę? – przeniósł wzrok wymownie na mnie.
- Gości nie przyjmuje się na zewnątrz. – przybrałam karcący ton głosu i przeszłam pod jego ramieniem.
Znalazłam się w głównym pomieszczeniu tego domu. Był to salon, wyklejony kremową tapetą z różnymi finezyjnymi wzorami, pośrodku stała kanapa, naprzeciwko niej telewizor, a przed kanapą znajdowała się ława.
- Masz może coś dla mnie? – rzuciłam pustą paczkę po papierosach na stół.
- Właśnie sam jestem zupełnie czysty. – wciągnął koszulkę na nagi tors. – Ale… - zaczął, gdy spostrzegł moją zawiedzioną minę. – Jestem dzisiaj umówiony z Randallem, więc pewnie coś załatwimy. – uśmiechnął się blado. – Poczekaj tu na mnie, pójdę się ogarnąć i będziemy mogli wychodzić. – mówiąc to skierował swoje kroki na kręte schody.
-Nie mów, że się mnie wstydzisz. – zaśmiałam się sztucznie i poszłam za nim.
Weszłam do niewielkiego pokoju na poddaszu i ręką przejechałam po lekko zakurzonych płytach i książkach. Pod spadzistym sufitem leżał stary, wymięty materac, który służył w tym pomieszczeniu za łóżko, usiadłam na nim i przyglądałam się, jak Ryan jedną ręką czesze włosy, a drugą szuka odpowiedniej koszulki. Ta jego nieporadność strasznie mnie śmieszyła.
- Gdzie są twoi rodzice? – zagadnęłam. – Załóż to. – przy okazji rzuciłam w jego stronę koszulkę z motywem czaszek.
- Dzięki. – mruknął. – Właśnie o nią mi chodziło. – uniósł kciuk do góry. – Moi rodzice? Babcia znów czuje się gorzej, więc postanowili się nią zaopiekować. Pobędą tam kilkanaście dni i wrócą. – obejrzał się w lustrze.
- Albo znów im się przypomni, że mają syna po dwóch miesiącach. – nie mogłam mu oszczędzić tej kąśliwej uwagi.
- Masz rację. – uśmiechnął się szczerze. – Wybory moich rodziców są podobne do gry w rosyjską ruletkę.
Wyszliśmy z domu Ryana biorąc na drogę po batoniku i znów musiałam przemierzyć tę samą drogę, jednak w towarzystwie poszło mi to o wiele szybciej. Po drodze wstąpiliśmy po kilku wspólnych znajomych i większą grupą czekaliśmy na przystanku. Nareszcie ktoś poczęstował mnie papierosem i głód nikotynowy na chwilę zamilkł.
Znaleźliśmy się pod domem wcześniej wspomnianego chłopaka o imieniu Randall, od którego zawsze mogliśmy kupić fajki, alkohol lub nawet coś mocniejszego. Wyszedł do nas i wspólnie ustaliliśmy, że musimy powtórzyć wypad z wczoraj i udajemy się na miejscową imprezę.
- Słuchaj Randy… Potrzebuję papierosów, najlepiej ze dwie paczki. – oparłam się nonszalancko o ogrodzenie.
- Okej. – mruknął. – Masz kasę? – przyjrzał mi się uważnie.
- Pewnie. – podałam mu drobne i zerwałam folię z jednej paczki. Wyciągnęłam na raz dwa szlugi i mogłam nareszcie w pełni zaspokoić głód.
W dobrych humorach ruszyliśmy w kierunku jednego z garażów, w którym dzisiejszego wieczoru odbywała się jakaś parapetówa. Randallowi i Brianowi nagle odbiło, ponieważ zaczęli trenować na sobie jakieś chwyty z bliżej nieokreślonej sztuki walki. Ulicę oświetlały tylko pojedyncze lampy. Nagle Brian pchnął Randiego na dosyć luksusowy samochód, który znajdował się pod jednym z tych wielkich i wyniosłych domów. Brunet się o niego zaczepił i runął jak długi co wzmogło w nim tylko gniew. Roztarł bolące kolana i kopnął w przedni zderzak robiąc średnie wgniecenie. Wtem w aucie włączył się alarm, powodując tym samym, że właściciel znalazł się natychmiastowo na zewnątrz.
- Gówniarze! – krzyczał za nami mężczyzna, ubrany w welwetowy szlafrok. – Wzywam policję!
Na te słowa zaczęliśmy biec przed siebie, po kilku metrach potknęłam się o własne sznurówki. Kierowca nadal za nami biegł, a ja myślałam, że już po mnie. Jednak brunet zwinnie się wrócił, podał mi rękę i ciągnął za sobą. Przebiegliśmy tak jeszcze kilka ulic, aż wpadliśmy do lasku, w którym codziennie dotleniałam płuca. Oparłam dłonie na kolanach i próbowałam złapać oddech.
- Dziękuję. – mruknęłam i rzuciłam się na szyję Brianowi.
- Nie zapominaj, że jesteś moja! – okazał swoją dezaprobatę Ryan.
- Nie masz za co mała. – chłopak odwzajemnił mój uścisk. – Oddaję ci twoją własność. – zaśmiał się sztucznie i popchnął mnie delikatnie w kierunku Ryana.
Zgromiłam ich obydwu za to wzrokiem i przysiadłam na niskim pieńku. Ja, jego? Dobre sobie. Uznaliśmy zgodnie, że z dzisiejszej imprezy nici i zaczęliśmy się rozchodzić każde w swoim kierunku. Ponieważ uznałam, że noc jest jeszcze młoda, podążałam za moim przyjacielem. Po raz kolejny przemierzyłam tę samą drogę, ale gdy wpadłam do tego przestronnego salonu, od razu rzuciłam się na kanapę.
- Jak chcesz, mogę ci oddać materac. – mruknął z nutką nadziei w głosie.
- Chciałbyś! Obydwoje wiemy co w tym domu jest wygodniejsze. – pokazałam mu język.
- Chętnie bym sprawdził na czym nam się będzie wygodniej pracowało. – przyparł mnie do ściany i przejechał nosem po mojej szyi.
- Jak dobrze, że to są tylko twoje marzenia… - wyswobodziłam się z jego uścisku i powędrowałam do kuchni, żeby zrobić nam coś do jedzenia.
Zapaliłam światło i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to wymięty szkicownik, który leżał na stole. Zaśmiałam się pod nosem. Czyżby w tego chłopaka wstąpiła nagle artystyczna dusza? Odłożyłam robienie kanapek na później i przysiadłam na krześle, żeby rzucić okiem na te prace. Kilka pierwszych kartek przedstawiało jakieś dzbanki, zwierzęta i masę nudnych rzeczy. Muszę przyznać, że nie były złe. W końcu trafiłam na coś co przypominało Ryana. Nie zdążyłam się nawet porządnie przypatrzeć kiedy on stanął nade mną i zaczął gapić mi się przez ramię.
- Ty to rysowałeś? – spojrzałam na niego.
- Nie, ja nie mam czasu na takie bzdury. – zabrał mi szkicownik z rąk. – Byłem wczoraj w Central Parku i jakaś wariatka zaczęła mnie rysować. Dobrze, że w porę to zauważyłem, kto wie do czego mogło jej to służyć. – wzruszył ramionami i wrzucił rysunki do jednej z szuflad.
Nie zaprzątaliśmy sobie już tym głowy tylko wzięliśmy się za robienie prowizorycznej kolacji, następnie obejrzeliśmy jakiś nudny serial w telewizji i koniec końcem udało mu się mnie przekonać, żebyśmy poleżeli razem na materacu. Zaznaczyłam mu jednak, że ma trzymać ręce przy sobie. On co jakiś czas próbował wzbudzić moje zainteresowanie, wodząc ręką po moim udzie, bądź zataczając palcami kółka na brzuchu. Właśnie miałam na niego po raz kolejny nakrzyczeć, gdy usłyszeliśmy z oddali syreny policyjne. Podnieśliśmy się w tym samym momencie do okna, kiedy na dole zaczął się ktoś dobijać. Serce momentalnie zaczęło mi szybciej bić. Chciałam zapytać o co chodzi, ale dostrzegłam przerażenie w oczach chłopaka.
Opowiadanie jak na razie rozwija sie na wielki + :) / iza
OdpowiedzUsuń