Mercy
Z moich przemyśleń wyrwał mnie dźwięk alarmu naszego samochodu, właściwie bardziej samochodu ojca, a następnie jego krzyk. Zerwałam się z łóżka i podbiegłam do okna. Ujrzałam cudowny widok, mój ojciec wdał się w pogoń za młodzieżą, która prawdopodobnie zdewastowała mu auto w samym szlafroku i kapciach. Zaśmiałam się pod nosem i wróciłam na łóżko. Nazwijcie mnie najgorszą córką roku, ale w duchu niesamowicie się cieszyłam.
Nie byłam w stanie skupić się na kolejnych słowach w książce, ta lektura znudziła mnie do cna, zresztą nie miałam nastroju na jej czytanie. Żeby czymś się zająć postanowiłam sięgnąć po rysownik. Zwlekłam się z łóżka i odstawiając książkę na parapet, otworzyłam szufladę, która znajdowała się w biurku. Swoje rzeczy zawsze trzymałam w tym samym miejscu. Intuicyjnie wsadziłam rękę w odpowiednią przegródkę, jednak była ona pusta. Cholera. Zapomniałam, że mnie okradziono! Właściwie zabrano mi tylko szkicownik i ołówek, który był w niego wsadzony. Nie byłam w zbyt ciekawej sytuacji, oprócz czytania i rysowania nie miałam raczej innych zainteresowań. Ze złości rzuciłam poduszką w ścianę, dosłownie w tym samym momencie gwałtownie otworzyły się drzwi od mojego pokoju. Do środka wparował nie kto inny, a ojciec, na dodatek cały czerwony. Gdyby to było możliwe wytworzyłby więcej pary niż niejeden parowóz.
- Coś się stało? - zapytałam zdziwiona, moi rodzice rzadko zaglądali do mojego pokoju. Czasami zastanawiałam się, czy wiedzą chociaż gdzie on się znajduje.
- Coś się stało? – powtórzył z ironią. - Ja ci powiem co się stało. – zacisnął pięści. -Jakaś grupka degeneratów, którzy na pewno są twoimi znajomymi zniszczyła mi samochód, to się stało! - krzyknął i walnął we framugę drzwi. Przez jego wybuch, aż lekko podskoczyłam. W tym momencie autentycznie się go bałam.
- Ale co ja mam z tym wspólnego? – spytałam ostrożnie, próbując zamaskować przerażenie w głosie.
- Nie rób ze mnie idioty! – wrzasnął i zacisnął dłoń na drzwiach. - Widziałem jak śmiałaś się w oknie! Pewnie ty ich nasłałaś! Zresztą, jestem tego pewien! – wyminął mnie bez słowa i podszedł do niewielkiej biblioteczki, która wisiała nad biurkiem. - Tak ci źle? – zaczął wyjmować z półek książki. -Masz wszystko czego pragniesz, niczego ci nie brakuje, więc dlaczego jesteś taką małą niewdzięczną dziewuchą?! – rzucił kilkoma egzemplarzami o podłogę. - Beze mnie byłabyś nikim, a tak mi się odpłacasz! - wrzasnął ponownie, a ja poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Nie Mercy, nie możesz. Nie w tym momencie. – Za ten wybryk, konfiskuję ci te wszystkie bzdurne książki! – ułożył je w równy stos i wziął pod pachę.
- Dobrze wiesz, że nie zadaję się z takimi ludźmi. – próbowałam się bronić. - Nawet ich nie znam, więc nie oskarżaj mnie o coś czego nie zrobiłam! - podniosłam lekko głos, patrząc mu się prosto w oczy. Nie chciałam być ukarana za niewinność. Nagle za jego plecami pojawiła się mama.
- Walter, proszę, Mercy na pewno nie miała z tym nic wspólnego. – położyła ojcu dłoń na ramieniu. - Uspokój się i pomyślimy o tym rano, dobrze? - poprosiła go błagalnym tonem, na co ten faktycznie się trochę opanował. Muszę jej potem podziękować.
- Zastanowię się nad tym jutro, ale do tego czasu Mercy, masz zakaz opuszczania Queens. Podniosłaś na mnie głos, a tak nie powinno się zwracać do własnego ojca. - powiedział z zaciśniętymi zębami i wychodząc trzasnął drzwiami.
Nie dowierzałam własnym uszom. Miałam ochotę wybiec za moimi rodzicami i rzucić się na ojca. Nie dosyć, że nie miałam z tym nic wspólnego, to na dodatek nie znałam tych ludzi! Dlaczego to ja oberwałam? Przecież wszyscy doskonale wiedzieli, że praktycznie jestem samotnikiem. Dlaczego nie Greg dla odmiany, bądź Suzie? Przecież to oni mogli komuś zajść za skórę przez co te osoby chciałyby się odegrać. Ja jestem zwykłą szarą myszką, która rozmawia tylko z raptem trzema osobami, nie wliczając nauczycieli. Gdzie tu jakakolwiek logika? Z bezradności łzy same zaczęły spływać po moich policzkach, zgasiłam lampkę i nakryłam się pościelą. Nic innego mi nie pozostało. Na domiar złego moja siostra postanowiła posłuchać sobie właśnie w tym momencie muzyki na cały regulator. Żyć nie umierać.
Promienie porannego słońca zaczęły wypełniać mój pokój, a przy okazji razić mnie w oczy. No tak, zapomniałam zasłonić okien. Zbyt gwałtownie podniosłam się z łóżka i nie minęła nawet sekunda jak ponownie się na nim znalazłam. Zakręciło mi się głowie i momentalnie poczułam się niedobrze. Chwyciłam swoją twarz w ręce i spuściłam głowę w dół. Pobyłam w tej pozycji póki mój stan nie wrócił do normy, następnie przetarłam nadal zaspane oczy. Spojrzałam na zegarek, wytężając swój wzrok. Była dopiero 9 rano, a przede mną cała sobota. Normalnie bym się cieszyła, jednak wydarzenia z wczorajszego wieczoru nadal dawały o sobie znać. Miałam zakaz opuszczania Queens, czyli nie mogłam pojechać do Central Parku, ani na Times Square, czy chociażby do mojej ulubionej biblioteki albo głupiego kina. Po prostu cudownie. Zacisnęłam pięści i miałam ochotę wrzasnąć na cały dom, jednak nie chciałam sobie przysparzać więcej kłopotu. Może powinnam przeleżeć cały dzień? Chociaż szkoda byłoby zmarnować taką pogodę. Zbliżał się październik, a temperatura nadal była wysoka. Najlepiej będzie jak po prostu pozwiedzam swoją dzielnicę.
Wzięłam z szafy ulubione jeansy, które jako jedyne były dopasowane i czerwony sweter z mojej licznej kolekcji. Gdybym mogła chodziłabym w spodniach cały czas. Nie to, że nie lubiłam sukienek czy spódniczek. Po prostu wszystkie jakie posiadałam były ohydne i workowate, kilka zostało mi jeszcze po żeńskiej szkole podstawowej u sióstr zakonnych.
Udałam się do toalety i wykonałam szereg porannych czynności. Włosy postanowiłam zostawić rozpuszczone. Moje brązowe fale sięgały mi już prawie do połowy pleców. Uśmiechnęłam się do siebie. Do tej pory miałam wyrzuty sumienia, że pozwoliłam Suzie obciąć mi je kiedy miałam trzynaście lat. Kolejny powód aby pewnego dnia wepchnąć ją przypadkowo pod samochód.
Zeszłam na dół i przeszłam do kuchni. Nikogo nie było, wszyscy jeszcze spali, nawet mama. W sumie to nawet lepiej. Zrobiłam sobie herbatę i kanapkę z masłem orzechowym. Kiedy przeżuwałam jej kolejny kęs myślałam gdzie mogę dzisiaj pójść. Mieszkałam w Queens od urodzenia, jednak nadal nie znałam całej dzielnicy. Wciąż są miejsca, w które się jeszcze nie zapuszczałam. Może to dobra okazja, aby je odwiedzić?
Wychodząc, nie pofatygowałam się nawet aby zostawić im kartkę. Postanowiłam spędzić ten dzień odizolowując się kompletnie od innych, nie zaszkodzi mi gdy sama przemyślę parę kwestii i oczywiście odwiedzę nowe miejsca. Ta cała sytuacja powoli zaczynała mnie wykańczać. To w końcu moje życie, drugiego nie będę miała, więc powinnam je przeżyć tak jak ja chcę. Powinnam przejąć nad nim kontrolę i się usamodzielnić. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Jednak gdybym się wystarczająco zmotywowała... Cholera, nie będę całą wieczność chodzić z łatką grzecznej dziewczynki, która chowa płyty po kątach ponieważ jej ojciec nienawidzi muzyki której ona słucha. Wstydzić się swoich zainteresowań też nie mam zamiaru. Nie może tak być. Jestem już w liceum, a te trzy lata przeciekną mi przez palce, mogę się o to założyć. Chciałabym poznać nowych ludzi, ciekawe osobowości, może nawet zdobyć miłość. Nadal się jeszcze nie całowałam, aż wstyd mi przed samą sobą. Tak właściwie to mogłabym przecież być z Nickiem i mieć to za sobą. Sęk w tym, że nie jestem aż tak zdesperowana. Dobra Mercy, odstaw te myśli na potem, czas poszukać czegoś ciekawego.
Nie wiem przez ile czasu szłam, ile uliczek minęłam, ale znalazłam się w tej części Queens której nie rozpoznawałam. Ziarnko niepewności i poniekąd strachu zaczęło we mnie kiełkować, ale szybko je zniwelowałam. I tak przecież jakoś trafię do domu.
Przystanęłam i rozejrzałam się wokoło. Póki co nic nie przykuwało mojej uwagi, do momentu kiedy spojrzałam w prawo. W momencie gdy kończyła się jedna ulica, zaczynał się niewielki lasek o którym wcześniej nie miałam pojęcia. Od razu mnie zaciekawił, więc nie czekając ani chwili dłużej poszłam w jego kierunku.
Od czasu do czasu kilka gałązek złamało się w pół pod moim butem, robiąc niewielki hałas. Pomimo tego, że lasek nie był gigantyczny był na tyle gęsty aby uniemożliwić widzenie tego co było kilka metrów dalej. Zaczynałam coraz bardziej lubić to miejsce, w końcu znajdowało się tutaj wszystko czego pragnęłam w danym momencie. Dobra alternatywa jeśli znowu dostanę pieprzony zakaz. Czy ja właśnie powiedziałam pieprzony? Mercy, to do ciebie niepodobne. Chociaż czy na pewno? Nigdy nie przeklinałam, bo to przecież nie wypada. Kiedyś przez przypadek powiedziałam "gówno" przy ojcu i nie mogłam wychodzić przez następne kilka dni. I tak już zostało. Jakby przyjrzeć się temu bliżej, to mój ojciec nigdy nie był dla mnie łaskawy w żadnej kwestii. Ale nikt nie powiedział, że ma tak zostać na zawsze.
Nagle, przed sobą zobaczyłam coś w rodzaju paleniska. Na środku była sterta drewna otoczona kamieniami, wokół tego znajdowały się pniaki i głazy, które służyły zapewne do siedzenia. Nie było tu najczyściej. Puszki po piwie, niedopałki papierosów, zbite szkło, walające się papierki. Pomimo to, panowała tutaj taka atmosfera która sprawiała, że chciałeś usiąść, napić i ogrzać się przy ognisku. Ciekawiło mnie kto tu przebywał, ale w tym samym czasie chciałam się wycofać. Skoro to miejsce zostało już wcześniej odkryte, to nie powinno mnie tutaj być. Zaczęłam czuć się nieswojo i poniekąd wrogo.
Odwróciłam się na pięcie i omal serce nie wyskoczyło mi z klatki piersiowej. Wydałam krótki pisk, który nagle przemienił się w krzyk. Nogi momentalnie odmówiły mi posłuszeństwa, a kolana zmiękły. Nie wiadomo skąd, przede mną pojawił się chłopak, na oko niewiele starszy ode mnie, który właśnie mierzył mnie jednym z nieprzyjemnych spojrzeń jakimi to ludzie nas często obdarzają. Chciałam się odezwać, jednak on zrobił to pierwszy.
- Kim jesteś? Co tutaj robisz? Od jak dawna tu jesteś? - zawalił mnie ogromem pytań i podszedł bliżej, ignorując moje przerażenie. Gdy znalazł się zbyt blisko automatycznie się odsunęłam. Serce z klatki piersiowej powędrowało mi aż do gardła.
- J-jestem Mercy... – wyjąkałam. - Trafiłam tu przez przypadek… - zawiesiłam na chwilę głos, żeby się skupić. - Byłam tutaj tylko chwilę, przysięgam! - niemalże wykrzyczałam, na co ten wybuchnął mi śmiechem w twarz. Gdy już się uspokoił, nie spuszczając ze mnie wzroku usiadł na jednym z pieńków i wyciągnął z kieszeni spodni paczkę papierosów.
-Palisz? - spytał i wyciągnął paczkę w moją stronę.
Stałam jak ta idiotka i nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Przed chwilą myślałam, że nieznajomy zamorduje mnie na miejscu, a następnie porzuci gdzieś w tym lasku, a teraz jakby nigdy nic proponuje mi papierosa? Trafiłam do ukrytej kamery?
- Chcesz czy nie? – jego słowa przywołały mnie do porządku. - Ręka zaczyna mi drętwieć. - powiedział, wypuszczając dym z ust.
-Oh… - ocknęłam się ze swoich przemyśleń, przez co zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. - Nie, nie palę. – zmieszałam się.
- To dobrze, więcej dla mnie. - tym razem dym wydostał się z jego nosa. - Usiądź. - wskazał palcem na jeden z głazów i schował papierosy do kieszeni. Bez zbędnych słów zrobiłam tak jak kazał, zresztą mówił wszystko tonem nie znoszącym sprzeciwu. Nogi zaczęły powoli się uspokajać, tak samo jak i dłonie.
Nastała między nami dosyć niezręczna cisza, jednak chłopakowi raczej to nie przeszkadzało, ponieważ cały czas mierzył mnie wzrokiem.
- To jakaś alternatywna moda? – zaciągnął się bardziej.
- Hę? – wypaliłam zdezorientowana.
- No te sweterki, większość dziewczyn tak się już nie ubiera. – wycelował palcem w moje ubranie.
- Nie… Po prostu mi zimno. – skłamałam.
Znów nastała cisza. Chłopak właśnie kończył dopalać swojego papierosa. Ja postanowiłam wykorzystać ten moment, aby przyjrzeć mu się bardziej. Kępa blond włosów, ciemne, brązowe oczy, niemalże czarne. Blada cera, lekkie wory pod oczami. Nie znałam go, to pewne. Takich ludzi się nie zapomina. I tu nie chodzi o jego aparycję, nie. O sam sposób bycia. Chociaż co ja mogłam o nim powiedzieć? Obcuję z nim dopiero nie więcej, niż dziesięć minut. Po raz kolejny z moich rozmyślań wyrwał mnie jego głos.
- Często się tak zawieszasz? - zapytał, rzucając niedopałek gdzieś za siebie.
- Co? - tym razem to ja spytałam, otępiała. Cholera, Mercy ile razy jeszcze zamkniesz się w swoim świecie? Może to twoja szansa na poznanie kogoś nowego, a zaraz ją spieprzysz. Chociaż... Czy aby na pewno chcę go poznać?
- Ćpasz? - zadał mi kolejne pytanie, bez ogródek. Zaczynało mnie to trochę irytować.
- Oczywiście, że nie. - zaprzeczyłam, próbując zamaskować zakłopotanie.
- Każdy tak mówi. - stwierdził i lekko się uśmiechnął.
- Może i każdy, jednak ja mówię prawdę. - nadal zapierałam się przy swoim, tym razem bardziej stanowczo. Po raz kolejny skarciłam się w myślach, przecież nie mogę wyjść na przemądrzałą.
- Niech Ci będzie. Jestem Randy. - przedstawił się i zwrócił swój wzrok ponownie na moją osobę.
- Mercy, ale to już wiesz. - odpowiedziałam i wyciągnęłam ku niemu niepewnie rękę. Chwycił ją, ale nie to mnie zdziwiło. Spodziewałam się mocnego uścisku, jednak ten był nad wyraz delikatny. Uśmiechnęłam się do niego, ale on tego nie odwzajemnił. Po raz kolejny się speszyłam. Chyba próbuję zbyt mocno.
- No więc, Mercy, jak się tu znalazłaś? - oparł łokcie na kolanach i intensywnie się we mnie wpatrywał. Poczułam się malutka. Taka tyci, tyci.
- Mam całą sobotę do zmarnowania, więc postanowiłam pochodzić po Queens... Zobaczyć jakieś nowe miejsca, czy coś… - wymamrotałam i zaciągnęłam rękawy na ręce. Czy ja jestem na przesłuchaniu?
- Powiem Ci, Mercy, - ciągnął, ignorując moją odpowiedź. - Masz szczęście, że trafiłaś na mnie. – uśmiechnął się, jednak stało się to tak szybko, iż zaczęłam się zastanawiać, czy sobie tego nie wyobraziłam. - Inni ludzie, którzy tutaj przychodzą… -zawiesił głos. - Nie są tacy mili jak ja. – gdy zobaczył moją zdziwioną minę, kontynuował dalej. – Gdyby mieli dobry dzień, zapewne skończyłabyś tylko z rozciętą wargą. - na jego usta wstąpił śmielszy, lecz dziwny uśmieszek, a ja już powoli wiedziałam o co chodzi. Zapewne chce mnie nastraszyć, żebym już tu więcej nie przychodziła. Gdyby powiedział to wprost nie musiałby tworzyć takiej parodii. Natychmiastowo poczułam się pewniejsza.
- Oh, więc prawdziwa ze mnie szczęściara. - odparłam z przekąsem. - Może w takim razie już się ulotnie. Kto wie, kiedy wrócą ci "inni" i zrobią ze mnie miazgę. – przedostałam się do wyjścia. - Chociaż, skoro szczęście mi dzisiaj towarzyszy, przy dobrych wiatrach skończyłabym może tylko z rozciętą wargą. – chciałam jak najszybciej wydostać się z tamtego miejsca, jednak Randy stanął mi na drodze.
- Ok, rozumiem. – zatrzymał mnie gestem ręki. -Przepraszam, tylko się zgrywałem. – odparł niewinnie. -Wyluzuj Mercy. - westchnął i spojrzał na mnie z góry. Tak, z góry. Był wyższy ode mnie niemal o głowę, chociaż przy mnie każdy mógł poczuć się wysoki.
- Zastanawia mnie ile razy już dzisiaj wypowiedziałeś moje imię. – chciałam go jakoś zagadać, żebym mogła w spokoju wyminąć blondyna.
- Czy to ważne? – znajdował się zbyt blisko mnie.
- Już nie. Czy mógłbyś mnie przepuścić? - zapytałam poirytowana.
- Nie, mam jeszcze jedno pytanie. - założył ręce i czekał na moją odpowiedź.
- Skoro musisz. – westchnęłam. Zdawałam sobie sprawę, że jeszcze chwila w jego towarzystwie i nie będę już miała siły, żeby udawać taką wygadaną.
- Co taka dziewczyna jak ty robi w tym miejscu? - spojrzał na mnie z wyraźnym zaciekawieniem w oczach.
- Co masz na myśli mówiąc taka dziewczyna jak ja? - nie odpowiedziałam na jego pytanie, bo co innego zwróciło moją uwagę. Szufladkowanie. Ledwo co go poznałam, a już coraz mniej go lubiłam.
- Nienaganne ubrania, czyste buty, workowaty sweter. – zlustrował mnie wzrokiem. - Wiesz o co mi chodzi. - kopnął najbliższy kamień i ponownie jego wzrok wylądował na mnie. Czułam, jak złość we mnie wzbiera i szuka ujścia.
- Nie nauczyli cię w domu, że nie ocenia się ludzi po pozorach? – byłam bliska umieszczenia swojej pięści w jego twarzy, jednak znalazłam w sobie siłę i przyśpieszyłam kroku. Co on sobie wyobraża?
- Nie nauczyli mnie dużo rzeczy. – odparł z bezczelnym uśmieszkiem. - Proszę cię Mercy, nie mów że ty jesteś taka święta i nie zdarzy ci się wysnuć o kimś opinii przed rozmową. - ciągnął dalej, dotrzymując mi kroku.
- Żebyś się nie zdziwił. - ucięłam i zorientowałam się, że znalazłam się na głównej ulicy.
Bingo. Teraz już będzie z górki. Przystanęłam, a Randy zachowywał się jak mój cień. Kompletnie go zignorowałam i próbowałam skupić się na zobrazowaniu sobie drogi powrotnej. Z każdą sekundą niepewność rosła, bo od tej ulicy nie mogłam sobie niczego przypomnieć. Obstawiam, że dochodziła już 15, a ja wyszłam o godzinie 9, nie zostawiając żadnej kartki. Owszem, chciałam im zrobić poniekąd na złość, ale nie sądziłam, że nie będzie mnie tak długo. Znając moich rodziców już pewnie planują wizytę na posterunku policji. Zrobiłam sobie jeszcze większy problem niż miałam.
Musiałam zrobić się blada, ponieważ poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. To był Randy.
- Ej, wszystko w porządku? - zapytał, lekko zaniepokojony.
- Tak, wszystko jest okej. - wymamrotałam. Przecież nie przyznam się mu, że zapomniałam drogi do domu, po zgrywaniu pani niezależnej i twardej.
- Twój wyraz twarzy mówi coś zupełnie innego. - lekko się zaśmiał i wziął swoją dłoń z mojego ramienia. Mercy, może jednak odstaw swoją dumę na bok? Co jest ważniejsze, spokój w domu czy opinia człowieka, którego ledwie znasz i pewnie nigdy nie zobaczysz? Przekalkulowałam wszystko na zimno i podjęłam w końcu decyzję.
- Nie pamiętam drogi do domu... - powiedziałam cicho pod nosem.
- Naprawdę? - można było słychać niedowierzanie w jego głosie, ja w tym momencie chciałam się zapaść pod ziemie.
- Nie, po prostu mam takie spaczone poczucie humoru. - głupie pytanie, głupia odpowiedź.
- Boże, nie mogę. - po tych słowach nastąpiła salwa śmiechu, a ja stałam obok z miną mordercy. Randy uspokoił się dopiero po paru chwilach, kiedy ja cierpliwie czekałam.
- Skończyłeś? – wymamrotałam patrząc się w dal.
- Tak. - odpowiedział i przetarł oko. - Wybacz, ale nie spodziewałem się akurat tego. – zaśmiał się pod nosem. Dam sobie rękę uciąć, że właśnie wspominał to co powiedziałam chwilę temu.
- Bywa. - skwitowałam i odwróciłam się w drugą stronę.
- Jeśli chcesz, mogę Ci pomóc znaleźć drogę do domu, zagubiona owieczko. - zaproponował i ponownie się zaśmiał.
Znowu miałam ochotę mu przywalić, jednak oczywiście tego nie zrobiłam. Nie byłam pewna, czy mogę skorzystać z jego pomocy. W końcu w ten sposób wiedziałby gdzie mieszkam, a cholera wie co siedzi mu w głowie. Obstawiałam też, że widzę go po raz ostatni. Z drugiej strony, nie miałam żadnej alternatywnej opcji. Nie pozostało mi nic innego a zdać się na niego.
- 68th Avenue. - odpowiedziałam z trudem i oparłam ręce na biodrach.
- Cholera, to na drugim końcu Queens. – podrapał się po szyi.
- I ty się dziwisz, że się zgubiłam. – wypaliłam, czym przywołałam na jego twarzy mały uśmiech.
Muszę przyznać, że droga powrotna minęła całkiem przyjemnie. Pomimo paru kąśliwych uwag na temat mojej orientacji w terenie, Randy wydawał się być w porządku, ku mojemu zaskoczeniu. Tym razem to ja wykazałam się hipokryzją i oceniłam go zanim z nim porządnie porozmawiałam. Jednak człowiek uczy się całe życie. Ostatecznie nie zdradził mi kto przychodzi w tamto miejsce, ale dowiedziałam się, że również chodzi do mojej szkoły. Na początku się zdziwiłam, bo nie przypominałam sobie, abym go kiedykolwiek widziała, ale gdy wyliczył mi na palcach ręki dni w których bywał w szkole, moje wątpliwości zostały rozwiane. Zamurowało go, gdy ujawniłam mu parę moich poglądów i artystów, których słucham. Od tego momentu rozmowa poszła z górki. Polubiłam jego towarzystwo i w duchu miałam cichą nadzieję, że w poniedziałek zobaczę go w szkole. A przecież nie chciałam go więcej widzieć. Oh, Mercy. Ale nie powiem, byłoby miło oderwać się na jakiś czas od Nicka i pobyć w innym otoczeniu.
Czas tak nam zleciał, że nawet nie spostrzegliśmy kiedy byliśmy przed moim domem. Odwróciłam się do niego aby się pożegnać, jednak ten pobladł i był niemal biały, biorąc pod uwagę jego karnację. Zupełnie jak ja wcześniej. Zanim cokolwiek powiedziałam, ten mnie wyprzedził. Znowu.
- Ja już będę spadać Mercy... Do zobaczenia! - pomachał mi i pobiegł tak szybko, że o mało się za nim nie kurzyło. Skonsternowana, postanowiłam po prostu wejść do domu.
Nie zdążyłam złapać za klamkę, a drzwi otworzył mi nie kto inny jak ojciec. Strach momentalnie wypełnił moje ciało. Wyglądał daleko od zadowolonego. Gdzie tam, nie był nawet blisko zdenerwowanego. Był jak wulkan, który miał się zaraz uaktywnić.
- Wejdź. - rozkazał i zacisnął wargi. Natychmiastowo się ruszyłam i czekałam na reprymendę, która wisiała nad moją głową. Znów nie miałam pojęcia co zrobiłam.
- Wczoraj tak się zapierałaś, że nie znasz tych ludzi. – zaczął spokojnie. Chciałam już powiedzieć, że przecież to prawda, jednak on uciszył mnie gestem ręki. - Dzisiaj rano doszedłem do wniosku, że być może to prawda i nawet przymierzałem się do przeprosin. – zawiesił głos. - Ale najpierw wyszłaś z domu nie mówiąc nikomu ani słowa, a teraz... - wziął głęboki wdech i wydech, a następnie skierował swój piorunujący wzrok na mnie. - A teraz odprowadza cię ten skurwiel, który zniszczył mi auto! Myślisz, że zrobisz ze mnie idiotę? Skończonego debila? Nie pomoże Ci teraz nawet matka, nawet na nią nie licz. – wykrzyczał to wszystko patrząc na mnie z wyższością. - Masz zakaz wychodzenia z domu do odwołania, a teraz na górę i nie pokazuj mi się na oczy, gnido! - wskazał palcem na schody.
Zszokowana nie wiedziałam co powiedzieć. Zabrakło mi słów. Jedyne co wiedziałam, to to, że muszę jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. W takim stanie mój ojciec był tylko raz. Wtedy, gdy Greg przegrał jeden z najważniejszych meczy w jego całej karierze, to była jedyna sytuacja, gdzie mojemu bratu strasznie się dostało, a ojciec nie odzywał się do niego przez następny miesiąc.
Zamknęłam za sobą drzwi i powoli docierało do mnie to, co właśnie się stało. Ojciec nigdy nie nazwał mnie "gnidą", zdarzało mu się czasami powiedzieć o mnie coś nieprzychylnego, jednak nigdy aż tak. Ponadto Randy uczestniczył we wczorajszych wydarzeniach, za które ja oberwałam. Zsunęłam się na podłogę i czułam jak wilgotnieją mi policzki. Nie wiedziałam co robić. Nie dosyć, że nie mogłam opuścić Queens, to teraz jeszcze domu. Rzeczy, które sprawiają mi przyjemność zostaną mi odebrane całkowicie. Założę się, że ojciec przez następne kilka dni będzie traktował mnie jak powietrze. Czekają mnie kąśliwe uwagi rodzeństwa i bezradna matka. Zyskałam nową znajomość, ale jakim kosztem? Jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnęłam poniedziałku.
Kolejny świetny rozdział. Akcja zaczyna się naprawdę fajnie rozwijać, mam nadzieje, że dalej będziecie pisać równie dobrze :)
OdpowiedzUsuńPiszecie naprawdę świetnie i opowiadanie bardzo mi się podoba. Widać, że macie dobre pomysły. Akcja idealnie się rozwija, nie za szybko, nie za wolno. Bohaterowie są dobrze wykreowani. No, zobaczymy jak wam dalej pójdzie. Życzę weny!
OdpowiedzUsuń